Stare Miasto

(…) Za Bramą Grodzką, to była już taka dzielnica pokracznych domów, pozawalanych, to były prawie ruiny, rudery, zapuszczone, zaniedbane, tam się wchodziło w świat prawie orientalny, wschodni. (…) Pamiętam ulicę Szeroką, te bożnice tam, tą atmosferę - inny świat.

Żydówki przy ul. Grodzkiej 26, 1938 r. (data orientacyjna), autor: Stanisław Magierski. Źródło: zbiory rodziny Magierskich. Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl

Żydówki przy ul. Grodzkiej 26, 1938 r. (data orientacyjna), autor: Stanisław Magierski. Źródło: zbiory rodziny Magierskich. Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl

Stare Miasto znam mało - mieszkałem daleko, to była cała wyprawa do miasta. Ulica Głowackiego, która jest teraz w samym centrum znajdowała się wtedy w zasadzie poza miastem. Ale w mieście bywałem i to była wyraźna granica. Stare Miasto było zamieszkałe przez Żydów, ale swoją atmosferą i architekturą nie miało charakteru żydowskiego. Natomiast za Bramą Grodzką, to była już taka dzielnica pokracznych domów, pozawalanych, to były prawie ruiny, rudery, zapuszczone, zaniedbane, tam się wchodziło w świat prawie orientalny, wschodni, już tam cały ten obszar ulicy Szerokiej - pamiętam ulicę Szeroką, te bożnice tam, tą atmosferę - inny świat. To było dosyć śmieszne - było takie nacjonalistyczne hasło - nie kupuj u żyda, ale równocześnie jak się chciało mieć dobrego adwokata, to się szło do Żyda, jak zachorowało dziecko, to szło się po żydowskiego lekarza, wiadomo, że był znakomity. Prywatne kontakty z Żydami, z inteligencją żydowską były bardzo poprawne i dobre, natomiast był świat biedoty żydowskiej, z którym kontaktu nie miałem. Wiem, że były próby zwalczania Żydów, szczególnie w tych małych miejscowościach podlubelskich, gdzie mieszkało niejednokrotnie 90-95 % Żydów. Stare Miasto to była m.in. siedziba prostytucji. Jak młody człowiek mówił, że idzie za Krakowską Bramę, na Stare Miasto, to wiadomo było, że idzie na dziwki. Była to tez dzielnica biedy. Natomiast budynki - większość była w bardzo złym stanie, elewacje zapuszczone. Duża część Starego Miasta była zniszczona, o czym się w tej chwili nie wie. W 1954 roku, na 10-lecie wszystko było odbudowane i wtedy było Stare Miasto odnowione, ale tylko elewacje, nikt tego od środka nie ruszał i to wszystko się waliło w sposób fatalny.

Żydzi w Lublinie

Chodziłem z nianią czy z mamą na targ na Wieniawie. Wieniawa to była dzielnica żydowska. W klasie, tuż przed wojną mieliśmy kilku Żydów, jeżeli był jakieś momenty, że się ich jakoś inaczej traktowało to przy lekcji religii, kiedy Żydzi wstawali i wychodzili, czasem ktoś dostał piórnikiem czy ciapem. Nie pamiętam żeby jakoś źle traktowano Żydów w szkole. Chodziłem do szkoły im Królowej Jadwigi, przy ulicy Długosza. W czasie okupacji, codziennie karmiąc wiewiórki w lecie, a w zimie często na łyżwach jechałem do szkoły do śródmieścia. Studiowałem w Gdańsku, na wydziale architektury, po powrocie pracowałem w Lubelskim Przedsiębiorstwie Budownictwa Przemysłowego, potem byłem głównym dyspozytorem.

Dom rodzinny

Dzielnica, w której ja mieszkałem to była dzielnica willowa. Ojciec mój pracował jako radca w kuratorium w Lublinie - zamieszkaliśmy przy ulicy Norwida, w nowo założonej dzielnicy. Lublin rozbudowywał się wzdłuż osi Krakowskie Przedmieście - Aleje Racławickie. W latach 20. Były to nowe dzielnice zaprojektowane po obu stronach Alei. Dzielnica w której ja mieszkałem była zajmowana przez nauczycieli, prawników, ziemian, właścicieli aptek, ludzi mających sklepy przy Krakowskim Przedmieściu, firmy farmaceutyczne, dyrektorów szkół. Od początku było tam wszystko - woda, światło. Moja rodzina pochodziła z Warszawy, genealogia - do czasów Kościuszkowskich. Mało brakowało abyśmy śpiewali nie „marsz, marsz Dąbrowski”, ale „marsz, marsz Wyszkowski” bo Legiony we Włoszech organizował gen. Wyszkowski - nasz przodek, który został potem przesunięty, a na jego miejsce wszedł Dąbrowski. Mojego pradziadka wysłano na Sybir za udział w Powstaniu Styczniowym, rodzina zbiedniała, ojciec wychowywał się zarabiając sam na siebie, był taki pęd na początku wieku XX - iść z oświata na wieś, więc ojciec po ukończeniu kursów pedagogicznych wyjechał na Lubelszczyznę z Warszawy, a moja mama, która była córką administratora majątku, ze szlacheckiej rodziny, panienka z białego dworku, też pojechała na wieś szerzyć oświatę i tak się poznali gdzieś tam w małej miejscowości pracując w jednej szkole. Pobrali się, w 1932 roku zamieszkali w domu przy ulicy Norwida. Ruchu kołowego prawie nie było, czasami ktoś dorożką przyjechał, czasami samochód jakiś, ale tak to na ulicy, w ogródkach, bawiliśmy się, przez całe lata nie zsiadałem z roweru, graliśmy w piłkę, wszyscy się znali, bawili się wspólnie, a zima to były z kolei narty, czy łyżwy - jeździliśmy po zamarzniętych stawach nad Czechówką, poniżej ulicy Głowackiego.

Marek Wyszkowski

Relacja pochodzi z Archiwum Historii Mówionej Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.historiamowiona.tnn.pl