Dzieciństwo

Część dzieci z ulicy Ruskiej nie znała polskiego. Rozmawiali między sobą w jidysz. Nie słyszało się na Ruskiej, Szerokiej w zwykły dzień języka polskiego.

Zdjęcie lotnicze dzielnicy żydowskiej od strony wschodniej, 1930 r. (data orientacyjna), autor nieznany. Źródło: Instytut Sztuki PAN. Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl

Zdjęcie lotnicze dzielnicy żydowskiej od strony wschodniej, 1930 r. (data orientacyjna), autor nieznany. Źródło: Instytut Sztuki PAN. Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl

Bardzo wczesne dzieciństwo spędziłam w majątku Zemborzyce pod Lublinem, gdzie moi rodzice prowadzili ogród. W 1938, ze względu na ciężką chorobę ojca przenieśliśmy się do Lublina i zamieszkali w domu na ulicy Kalinowszczyzna 4a, w tzw. Domu Vettera. Byliśmy tam jednymi z pierwszych mieszkańców.

Dzielnica żydowska na Podzamczu

Żeby dostać się do centrum miasta trzeba było przejść albo przejechać autobusem dawną ulicą Ruską, która przebiegała troszeczkę inaczej niż w tej chwili i dalej ulicą Lubartowską aż do centrum. Czyli, żeby dostać się do miasta, trzeba było przejechać przez dawną dzielnicę żydowską. Dzielnica ta dochodziła do obecnego Placu Singera, tam gdzie w tej chwili właściwie jest skwerek. Ulica biegła wtedy zupełnie inaczej, tu stały jeszcze domy mieszkalne zamieszkałe w 100 % przez Żydów. Cała ulica Ruska była zamieszkała przez Żydów. I chodząc tamtędy, albo jadąc tamtędy przejeżdżałam właśnie przez tą ulicę. Pamiętam, że była to ulica chyba biedoty żydowskiej. Proszę zwrócić uwagę na jedno, że moje wspomnienia będą wspomnieniami widzianymi oczyma dziecka, więc być może nie będzie to pełny obraz dawnej ulicy Ruskiej, będzie to, to, co utkwiło w pamięci dziecku. Ruska była ulicą, gdzie mieszkała przede wszystkim biedota, gdzie na parterze, w suterenach mieszkali jacyś drobni rzemieślnicy. Z reguły były otwarte parterowe drzwi na ulicę i widać tam było drobne warsztaty, więc mieszkali tam jacyś szewcy, jacyś krawcy i poprzez to pierwsze pomieszczenie widać było dalej mieszkanie. Jeżeli tylko było ciepło, to te drzwi były szeroko otwarte i naturalnie jako dziecko z ciekawością zaglądałam do wnętrz. Rzeczą którą pamiętam na ulicy Ruskiej, bo to była najbliższa mojego domu, to były ogromne ilości dzieci. Tam było mnóstwo dzieci. Dzieci ubranych bardzo różnie, mówiących naturalnie w języku jidisz, o czym wiem w tej chwili, że był to jidisz. Mówiło się wtedy, że oni mówią po prostu po żydowsku. I drugą taka charakterystyczną rzeczą ulicy Ruskiej to były Żydówki, siedzące obok wejść do sklepów czy do warsztatów, one siedziały na różnych stołkach czy krzesłach w perukach i wiem, że chłopcy, z którymi chodziłam do szkoły, polscy chłopcy, w ramach drobnych złośliwości, które zawsze były wtedy robione Żydom, zrywali Żydówkom te peruki. I pamiętam, że one były ogolone, jeżeli któryś z chłopców zerwał taką perukę, to Żydówka miała pod spodem ogoloną głowę. To były stare Żydówki, naturalnie bardzo się denerwowały, podnosił się wtedy okropny wrzask, chłopcy uciekali... . I one siedziały na takich stołkach przed tymi domami i bardzo często coś jadły. I takim wspomnieniem, które ścigało mnie bardzo długo, to było to, że jedna z takich Żydówek, musiała być bardzo ciężko chora. Siedziała z takimi obrzmiałymi nogami i ilekroć tamtędy przechodziłam, a przechodziłam tamtędy często, to było w roku 1940, czy 1941 do domu moich wujostwa, siedziała i miała taką miskę w której była chyba kawa zbożowa, bardzo rozwodniona i pokruszony chleb. I wiem, że było mi jej strasznie żal, że ona nic innego nie ma do jedzenia tylko ten rozmoczony chleb. Ulica Ruska była ulicą biedoty. Jeżeli szło się Ruską od ulicy Kalinowszczyzna, to ulica Ruska biegła taką literą S. Omijała dookoła obecną cerkiew, szło się w kierunku Lubartowskiej i po lewej stronie jest do dziś jeszcze stojące ujęcie wodne. To była ulica nie skanalizowana i ta część Podzamcza pod samym zamkiem też była nie skanalizowana, jak przypuszczam i to ujęcie wodne było takim miejscem skąd mieszkańcy okolicznych domów brali wodę. I pamiętam, że tam stały z reguły kolejki ludzi z wiadrami, z naczyniami, by wziąć do domu wodę. Też po lewej stronie stojąc w kierunku ulicy Lubartowskiej otwierała się taka szeroka ulica, właśnie Szeroka. Utkwiło mi w pamięci to, że była to ulica zawsze pełna ludzi. Po tej ulicy jeździły wozy, jeździły dorożki, były już linie autobusowe, ale jeździło się przede wszystkim dorożkami i to już była ulica lepszych sklepów, ale też ten ogromny tłum ludzi i jeszcze wtedy i to pamiętam, bo w 1939 przykryto Czechówkę, która była jednym wielkim ściekiem, i pamiętam, że tam był most. Tak samo, jak na ulicy Lubartowskiej, w tym miejscu gdzie stoi w tej chwili bazar. Między bazarem a tą częścią Lubartowskiej idącą w górę, do Bramy Krakowskiej, tam był most. Taki zwykły, żeliwny most z bardzo ładną barierą. Pamiętam, że ta bariera była bardzo ładna. Nie pamiętam synagogi, na Stare Miasto przychodziliśmy rzadko, ale pamiętam Rynek otoczony sklepikami, ulicę Grodzką, która była wybrukowana i od Bramy Grodzkiej w kierunku zamku był taki bardzo ostry zjazd i potem bardzo ostry wjazd pod sam zamek. Przy tym zamek był prawie niewidoczny. Zamek był obudowany różnego rodzaju budynkami, a na wprost wejścia stał, bardzo duży dla dziecka, budynek, gdzie mieściły się wszystkie urzędy więzienia. Bardzo ostry podjazd i niewielki placyk przed samym zamkiem. Zamek był prawie niewidoczny. Tzn. był widoczny nad dachami, ale dookoła obudowany różnego rodzaju domami, zarówno domami murowanymi. Tam gdzie od południowej strony zamku teraz jest skwer, była dzielnica drewnianych ruder. Byłam tam raz, czy dwa ponieważ nie wolno mi było wchodzić w dzielnicę żydowską. Myślę, iż bardzo wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy, że część mieszkańców miasta oddzielała się od dzielnicy żydowskiej, jak gdyby nie chciała mieć z nią żadnego kontaktu. Może to nie był jawny antysemityzm, ale to była chęć odgrodzenia się. To nie jesteśmy my. Ja to w tej chwili tak odbieram. Idąc z rodzicami do centrum, czy do wujostwa staraliśmy się tamtędy nie chodzić tylko jechać albo autobusem, bo był miejski autobus, raz lub dwa razy na godzinę, albo dorożką. Najczęściej dorożką. Żeby nie przechodzić przez tą dzielnicę. Ulica Lubartowska obecna też była ulicą sklepików. Z tym, że odnoszę wrażenie, że była to już lepsza ulica, najbiedniejsza część to była ta część ulicy Ruskiej, Podzamcze zwłaszcza od strony południowej, Krawieckiej i Ruskiej, aż do Kalinowszczyzny. Chodziłam do szkoły z dziećmi żydowskimi, bo była to szkoła powszechna, gdzie przychodziły dzieci żydowskie - te, które chodziły do Polskich szkół jak to się wtedy mówiło. Byli to przede wszystkim chłopcy. O ile sobie przypominam niewiele było w naszej klasie dziewczynek żydówek. Wychodzili na religię, siedzieli w oddzielnych ławkach, nie siedzieli razem, ale w klasie uczyliśmy się razem. Dom, w którym mieszkałam na ulicy ówczesnej Kalinowszczyzna 4A to był zupełnie nowy dom. Mieszkali tam sami Polacy, chociaż trzeba by powiedzieć po prostu katolicy, ale do naszej klasy chodziły widocznie dzieci z lepszych domów, bo o ile pamiętam ci chłopcy byli zawsze porządnie ubrani i w miarę dobrze mówili po polsku. Część dzieci z ulicy Ruskiej nie znała polskiego. Rozmawiali między sobą w jidisz. Nie słyszało się na Ruskiej, Szerokiej w zwykły dzień języka polskiego. Muszę jeszcze dodać, iż w tym 1938 czy 1939 roku w tym domu na ulicy Kalinowszczyzna 4A mieli sklep. Chodziło o to by chrześcijanie mieszkający dookoła mieli polski sklep spożywczy, by nie musieli chodzić do sklepików żydowskich, które było po drugiej stronie ulicy. Te domy dochodziły do obecnego placu Singera. Bardzo rzadko ktoś z tych domów żydowskich przychodził kupować do sklepu moich rodziców. Były to dwa światy. Świat żydowski i świat polski. Obraz bardzo biednej ulicy Ruskiej, czy Szerokiej, to był obraz dnia powszedniego. W szabas ta ulica wyglądała zupełnie inaczej ponieważ ci wszyscy ludzie byli ubrani bardzo odświętnie. Widziało się wtedy tych Żydów w czapach, w czarnym chałacie, białych pończochach, z pejsami. Moi szkolni koledzy nie nosili pejsów, natomiast te dzieci w szabas na ulicach były z pejsami. To prawdopodobnie byli chłopcy, którzy chodzili do chederu. Widocznie te rodziny, które posyłały dzieci do szkół polskich chciały je zasymilować.

Nikt nigdy już później nie zrobił takich makagigów

Przysmaki? Aaa! To były bajgle, te okrąglutkie małe obwarzaneczki na sznurku, makagigi. Przysmak! Nikt nigdy już później nie zrobił takich makagigów, jak się kupowało i przysmak pieczony z reguły na szabas to był biszkopt. Żydowski biszkopt. Takiego biszkoptu, jak piekły żydówki chyba nie umie upiec nikt. Moja mama miała znajomych Żydów i od czasu do czasu dostawaliśmy taki biszkopt w prezencie, który był przepyszny. I takie biszkopty dostawała siostra mojej matki. Wujostwo mieli na Lemszczyźnie duży ogród. Nie wiem, czy to byli biedni Żydzi, czy nie, w każdym bądź razie Żydówka przychodziła do mojej ciotki - wujostwo uprawiali warzywa - więc to co poszło na targ to szło na targ, a to co pozostawało, poza wyborem, to ona to zabierała i od czasu do czasu w prezencie mojej ciotce przynosiła ten niesamowicie dobry biszkopt. Był jak puszek. Nigdy w życiu nie udało mi się upiec takiego biszkoptu. Czy jeszcze jakieś potrawy pamiętam? Owszem, gdy zostałam zaproszona na szabasową kolację w Kijowie. Pamiętam Żydów piekarzy roznoszących w koszach na plecach pieczywo po domach. Na plecach na szelkach mieli duże wiklinowe kosze wystające grubo ponad głowę, i tam mieli świeże ciepłe bułeczki, takie obwarzanki, które roznosili po domach. Moi rodzice chodzili do Kapucynów. I po ciastka. To też należało do rytuału. Kupowaliśmy je albo w Ziemiańskiej, w nieistniejącej kamienicy na Kościuszki, tam gdzie zginął Czechowicz, albo u Rutkowskiego. I też takich ciastek, które się nazywały mikado, nikt już nigdy więcej nie upiecze. To były ciastka składające się z takich placuszków. Placuszki były przekładane kremem, a na wierzchu był przezroczysty lukier. Taka polewa. Smak tych ciasteczek pamiętam do dzisiejszego dnia, tak jak smak makagigów.

Polacy i Żydzi

Nie miałam kontaktów z kulturą żydowską, poza tym że korzystałam z szewca żydowskiego, że chodziłam do szkoły z chłopcami, bo nie mogę sobie przypomnieć żadnej dziewczynki. Poza tymi Żydówkami, które przychodziły do domu wujostwa, to ja prawie nie miałam kontaktów. To był zupełnie inny odrębny świat. To były dwa światy. Nie wiem czy wszyscy zdają sobie sprawę, gdzie mieszkała ludność żydowska na terenie Lublina w okresie przedwojennym. Jeżeli stanęlibyśmy na Placu Łokietka i spojrzeli Lubartowską w dół to dzielnica żydowska obejmowała całe Stare Miasto. Chociaż mieszkali tam nie tylko Żydzi. Całą ulicę Lubartowską, zwłaszcza jej stronę prawą. Lubartowska była zamieszkała przez Żydów przede wszystkim po stronie prawej, aż do ulicy Unickiej. Obejmowała całą część do Podzamcza - tam były ogrody - za wyjątkiem tzw. Gimnazjum Biskupiego, czyli ulicą Szkolną. Na ulicy róg Szkolnej i Czwartku został wybudowany dom kultury żydowskiej. Kiedy w 1958 przeniósł się tam Instytut Medycyny Wsi, którego jestem do dzisiaj pracownikiem, to jak wprowadzaliśmy się tam, to w drzwiach były jeszcze wmontowane wersety z Talmudu, jak w domach żydowskich. Potem cała Ruska, aż do ulicy Kalinowszczyzna całe Podzamcze dookoła zamku. Nieistniejące już dzisiaj w ogóle ulice. Między Lubartowską a zamkiem były to domy murowane, część z nich była skanalizowana. Były to kamienice, dwu, trzy piętrowe. Natomiast od strony wschodniej, poza Ruską, to były drewniane budy, do których nie Żydzi bardzo rzadko zaglądali. To była ta ogromna biedota żydowska, bogaci Żydzi mieszkali już wtedy w centrum. Na Bernardyńskiej, nawet na Krakowskim Przedmieściu. Tłum był szary. Mężczyźni nosili spodnie i ciemno czarne, albo ciemnoszare, bo może wyrudziałe chałaty do kolan, albo nawet za kolana. Na nogach nosili półbuty lub trzewiki. Chałaty były zapinane dosyć wysoko. Miały wąskie rękawy, tu zawsze wyglądała jakaś koszula, i na głowę była bardzo charakterystyczna rzecz, takie małe czapki z daszkiem, a w niedzielę to były kapelusze. Mali chłopcy byli ubrani bardzo podobnie. Natomiast moi szkolni koledzy byli ubrani normalnie: w spodnie, jakieś kurtki, nie nosili jarmułek. Pamiętam Żydów z tamtego okresu w charakterystycznych chustach i modlitewnych szatach, nazywa się to chyba cycełe. Widziałam ich w chustach na głowę, ale to tylko w sobotę. Na co dzień nie widziałam. Kobiety były ubrane z reguły na ciemno, nie pamiętam barwności tego tłumu. On był szary, tylko w sobotę białe pończochy. Białe pończochy, czarne buty, spodnie tuż za kolana, jedwabny chałat. Byli ubrani tak i dorośli mężczyźni i mali chłopcy. Kapelusz płaski z szerokim rondem i pejsy. I jeszcze była druga enklawa żydowska, to była Wieniawa, o której nikt nie pamięta. Tam była też dzielnica drewnianych domków. Tam gdzie jest obecnie stadion. Tam była cała druga dzielnica żydowska domków bardzo biednych, drewnianych. Ja to niewiele pamiętam. Bardzo charakterystyczny obraz tych dzielnic żydowskich to ogromny tłum ludzi na ulicach, który kłębił się nie tylko na chodnikach ale i na jezdniach. Tam był wieczny szum, gwar i nawoływanie. To nie były ciche dzielnice. To były dzielnice pełne szumu, gwaru i kłębiącego się szarego tłumu. Jeżeli na Krakowskim w lecie widziało się kobiety ubrane kolorowo i mężczyzn w jasnych garniturach, to w dzielnicy żydowskiej nie było tego nigdy. Stare Żydówki były z reguły ubrane albo na czarno, albo na szaro, albo na ciemnobrązowo. Ja nie widziałam nigdy. Jeżeli miały na głowach peruki, to jeszcze miały na to takie czepce z koronki białej albo czarnej i pamiętam kolczyki w uszach. Nawet te biedne żydówki nosiły w uszach i na rękach sporo biżuterii, dużo ozdób, ale korali nie pamiętam. Kolczyki były z reguły duże i zwisające i pamiętam dużo pierścionków na rękach. Rzeczą charakterystyczną było to, że te pierścionki miały duże oczka. Te wszystkie warsztaty na parterach, całe partery tych domów na Ruskiej, Szerokiej, Cyruliczej to były drzwi do tych warsztacików i sklepików. Ich właściciele bardzo często stali po prostu na progu tego swojego warsztatu, czy sklepiku. Rzecz którą pamiętam, to beczki z kapustą i śledziami stojące przed otwartymi drzwiami. Nie pamiętam zupełnie sklepów mięsnych. Utkwiły mi jeszcze w pamięci koronczarki. Przed domami siedziały żydówki i część z nich plotkowała a część z nich ciągle coś robiła i one robiły koronki. To były koronczarki. To były chyba koronki klockowe. Jak na Podhalu miały takie miękkie klocki i na tym wiązały koronki i haftowały. Siedziały przed domem i haftowały i robiły koronki, bo w tych domach musiało być nieprawdopodobnie ciasno. No i pamiętam ten zapach, bo niestety wszystkie ścieki płynęły rynsztokiem. W tych warsztacikach żydowskich można było sprzedać wszystko, kupić wszystko i z bardzo starego ubrania, przenicowanego, ci krawcy nieomal od ręki wszystko reperowali, nicowali. Szewcy reperowali każdy but. Ci ludzie byli w stanie zreperować wszystko. Co jeszcze? Rzecz dzisiaj zupełnie nie spotykana. Lutowało się garnki. Były takie warsztaty, gdzie jak się zrobiła w garnku emaliowanym dziura, to się szło do warsztaciku żydowskiego i on tą dziurę zalepiał, po prostu lutował garnek. Można było zlutować wszystko. Dlatego między innymi pamiętam tych szewców i krawców, że buty do reperacji nosiło się do żydowskiego szewca, do domu na ulicę Kalinowszczyzna, który potrafił zreperować wszystko. Dla niego nie było starego buta, którego się nie dało zreperować. Wstawiało się łatę, zelowało się, jak kogo nie było stać na całe zelówki, to on zelował w tym miejscu gdzie była dziura na podeszwie, dawał pół zelówki. Mało tego, można było zanieść dwie stare pary butów i on brał fleki z tych mniej zniszczonych. Rzeczą, którą bardzo dobrze pamiętam to byli szklarze, szklarze, którzy siedzieli pod budynkiem Bramy Krakowskiej. Właściwie to oni nie siedzieli, byli przykucnięci, siedzieli w kucki, w jarmułkach, z pejsami. W czarnych płaszczach, ale bez białych pończoch, z takimi nosidłami na plecach z taflami szkła. Jak się rozbiło okno to się tam chodziło. Pamiętam, bo jak nam wybili szybę w sklepie i z ojcem pojechałam pod Bramę Krakowską, wzięliśmy szklarza, wsiedliśmy do dorożki - jest to jedno z moich ostatnich wspomnień ojca, który zmarł w 1939 roku. I ten zjazd ze szklarzem, to wtedy dla dziecka to było duże przeżycie.

Wiesława Majczakowa

Relacja pochodzi z Archiwum Historii Mówionej Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.historiamowiona.tnn.pl