Rodzina

Sklep zamykało się w piątek po południu i otwierało ponownie w sobotę wieczorem. W piątek wieczorem rodzice urządzali uroczystą kolację dla gości.

Kobieta sprzedająca pączki na ulicy Szerokiej, 1930 r. (data orientacyjna), autor: Stanisław Magierski. Źródło: zbiory rodziny Magierskich. Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl

Kobieta sprzedająca pączki na ulicy Szerokiej, 1930 r. (data orientacyjna), autor: Stanisław Magierski. Źródło: zbiory rodziny Magierskich. Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl

Pierwsze moje mieszkanie, które pamiętam, było przy ulicy Zamojskiej, po stronie nieparzystej. To był elegancki dom z ładną klatką schodową. W tym samym domu mieszkały moje kuzynki Fiszmanówny i Kormanówny. Drugie mieszkanie w Lublinie mieliśmy przy ulicy Staszica 9. Było to piękne i wykwintne mieszkanie. Dzisiaj powiedzielibyśmy na poziomie burżuazyjnym. Trzecie mieszkanie, bezpośrednio przed II wojną światową, posiadaliśmy przy ulicy Żmigród 7. Było to już całkiem blisko naszego sklepu przy Królewskiej. Jak już powiedziałam, nasz dom był zamożny. Mieliśmy służące Polki, do dzieci przychodziły guwernantki, a kucharką była Żydówka - Rachelka. W domu trzymano nas krótko. Wychowywano nas na zasadzie typowej kindersztuby. To rodzice decydowali o wszystkim, a nie my. Najwięcej do powiedzenia, jeżeli chodzi o nasze wychowanie miała oczywiście mama. Ojciec także wymagał, żebyśmy byli odpowiednio wychowani i wykształceni. Już powiedziałam o tym, że rodzicom bardzo zależało na tym, żebyśmy mieli wykształcenie. Oni o tym zadecydowali i potem oni nawet wybrali dla mnie kierunek studiów. Byliśmy zamożną rodziną. Moi rodzice posiadali sklep przy ulicy Królewskiej 3 w kamienicy, w której dzisiaj mieści się bank. Tata prowadził skład z futrami oraz konfekcją męską, damską i dziecięcą. Był to bardzo elegancki sklep. Modele ubiorów sprowadzane były od Hersego z Warszawy. Nasza firma należała do I kategorii. Posiadam zaświadczenie z Lubelskiego Urzędu Skarbowego mówiące, że nasz skład był I kategorii. Otrzymałam je od pana Miłosia, który był naszym przyjacielem w Lublinie i pracował w Urzędzie Skarbowym. Początkowo mój ojciec był wspólnikiem Rozenbauma, a potem staliśmy się wyłącznymi właścicielami sklepu. Stało się tak, ponieważ Rozenbaum zachorował. Jednocześnie byliśmy współwłaścicielami kamienicy Królewska 3. Był to dom Grendera i część należała do nas. Pamiętam to, ponieważ mówił mi o tym ojciec, zaznaczając, że dzięki temu jestem materialnie zabezpieczona. Dla mojego ojca pracowało 25 rzemieślników futrzarskich i krawieckich. Cieszył się ich ogromnym szacunkiem. Szanowały go także ich rodziny. Po sklepie rodziców został mi tylko wieszak z nazwą firmy oraz rodzinne fotografie, które zawsze miałam przy sobie. Nawet w najtrudniejszych chwilach podczas okupacji. Sklep rodziców był przechodni. Wejścia były zarówno od Królewskiej, jak i Bernardyńskiej. Główne wejście było od Królewskiej. Sklep posiadał duże okiennice, a zatrudniony w nim subiekt musiał robić dwie wystawy w witrynach. Gdy weszło się do sklepu, to po prawej stronie znajdowało się biurko, a po obydwu stronach pomieszczenia wisiały ubrania. Po jednej stronie były to męskie garnitury i płaszcze, a z drugiej strony damskie i dziecinne. W następnym pomieszczeniu sklepowym sprzedawano futra. Był tam skład futer i błamów, które kupowało się hurtowo oraz dodatki do futer. Miarami zajmował się mój ojciec. Na pierwszym piętrze znajdowały się dodatkowo jeszcze dwa pokoje damski i męski. Ubrania i futra mierzyło się zarówno na dole, jak i na górze. Na piętrze sprzedawano ten sam asortyment, który znajdował się na dole. W sklepie moich rodziców zatrudnionych było ośmiu subiektów i buchalter. Buchalterem był Polak, natomiast wśród subiektów zatrudnieni byli dwaj bracia ojca - Symcha i Idek-Izrael. Subiekci, chociaż Żydzi, musieli mówić dobrze po polsku, ponieważ klientela była przeważnie katolicka. Rzemieślnicy, którzy szyli dla naszej firmy, byli także przeważnie Żydami. Chodziłam do babci na ulicę Lubartowską w piątki, nosząc jej różne smakołyki, stąd też znam tę ulicę. Lubartowska w mojej pamięci była bardzo ruchliwa. Widziało się tam wielu tradycyjnych Żydów. Nawet w domu mojego dziadka był drugi pokój, do którego przychodzili talmudyści z pejsami. Przychodzili tam modlić się i studiować. Dużo czasu jednak na Lubartowskiej nie spędzałam. Lepiej znałam centrum miasta. Jednak na Lubartowskiej widziałam też żydowską biedotę i to wielką biedotę. Pamiętam, że przeżyłam szok, gdy zobaczyłam, że na Lubartowskiej ludzie noszą wodę na specjalnych nosidłach. Jednak wiem, że wśród Polaków pokutuje stereotyp, że każdy Żyd musiał być bogaty. Przez wiele lat miałam we Francji polską służącą - Janinę. Była to prosta Polka i uważam ją do dzisiaj za swoją największą przyjaciółkę. Jednak, gdy rozmawialiśmy o Żydach, to ona zawsze powtarzała, że przed wojną każdy Żyd w Polsce był adwokatem lub doktorem, co przecież nie jest prawdą. Wracając do Lubartowskiej, to trzeba powiedzieć, że była to już uboższa ulica w porównaniu chociażby ze Staszica, przy której mieszkaliśmy. Nasz dom był bardzo elegancki. Podobnie było także z mieszkaniem przy ulicy Żmigród. Wiem, że w czasie wojny to mieszkanie zostało zajęte przez Polaków razem z częścią naszych rzeczy. Byłam tam po wojnie. To znaczy weszłam na II piętro, ale nie odważyłam się wejść do mieszkania. Nie wiedziałam jak zareagują na to ci ludzie, którzy tam mieszkali. Pamiętam jedynie, że już po wojnie cała ta kamienica była mocno zdegradowana. Szczególnie przykry widok przedstawiała klatka schodowa, która przecież przed wojną była tak elegancka. Moi rodzice nie byli religijni. Byliśmy rodziną raczej zasymilowaną, ale obchodziliśmy najważniejsze, żydowskie święta religijne - Rosz Haszana, Jom Kipur i Pesach. Święta te celebrowaliśmy u dziadków, którzy byli religijni. Dziadek Szteigier, ojciec mojej mamy, był kupcem przy ulicy Lubartowskiej. Miał tam swój sklep, chociaż nie tej klasy, jak mojego taty przy Królewskiej. Niestety, w czasie I wojny światowej, dziadek został inwalidą - stracił kawałek języka i nie mógł obsługiwać klientów. Babcia natomiast była sparaliżowana. Sklep w rzeczywistości prowadziła moja mama, będąc w zasadzie jeszcze dzieckiem. Była w wieku szkolnym, ale właśnie z tego powodu nie mogła chodzić do szkoły, ponieważ ktoś musiał zajmować się sklepem. Wieczorami przychodził do niej prywatny nauczyciel. Z pewnością ten fakt spowodował, że tak bardzo chciała, żebyśmy my, jako jej dzieci miały pełne wykształcenie. To było dla niej najważniejsze. Dziadek od strony ojca, Didier Gryzolet, prowadził pod Lublinem przedsiębiorstwo naprawy dróg i wyrobu bruku. Posiadał koncesję z Ministerstwa Transportu. Miał wóz i swoich robotników, naprawiali drogi. Dziadkowie od strony ojca mieszkali przy ulicy Zamojskiej 27. W domu rozmawiało się po polsku. Rodzice z nami rozmawiali tylko po polsku. Ze sobą czasami rozmawiali po żydowsku, ale tylko wtedy, gdy chcieli, żebyśmy nie rozumieli tego, co nie było dla nas przeznaczone. Dziadkowie rozmawiali z nami i po polsku i po żydowsku, ale tak naprawdę żydowskiego nauczyłam się dopiero po wojnie, we Francji, gdy pracowałam społecznie wśród starszych ludzi, dla których język jidysz był naturalnym językiem komunikacji. Od nich nauczyłam się trochę mówić po żydowsku. Przed wojną i w czasie wojny, gdy byłam już we Francji, nie znałam języka żydowskiego. Nie należałam do organizacji politycznych. Owszem, interesowałam się problemami politycznymi. Do dzisiaj się nimi interesuję, ale nie było to i nie jest moim życiem. Poza tym przed wojną wydana zostałam za mąż. Mąż mój miał staż w garbarni u Brykmana na Kalinowszczyźnie. W tej dzielnicy moi rodzice mieli wybudować też garbarnię dla nas. Nie było czasu na politykę. Jedyną osobą z rodziny, która związana była z polityką, był mój wuj, Ber Gryzolet. Był zapalonym syjonistą, idealistą. W latach 30. był już ustabilizowanym człowiekiem. Miał rodzinę i duży sklep. Mimo wszystko zdecydował się na wyjazd do Palestyny, mimo że mój dziadek był przeciwnikiem tego pomysłu. Jednak wujek sprzedał sklep i wyjechał. Muszę tutaj podkreślić, że miałam matkę bardzo dobrą i hojną. Nigdy nikomu niczego nie żałowała. Podobnie było z ojcem, który dodatkowo nigdy nie chciał się wywyższać i ustępował wszystkim. Ojciec nigdy też nie uchylał się od różnych ofiar na Gminę Żydowską. Proponowano mu kiedyś nawet, by zajął oficjalne stanowisko w Gminie. Tata jednak odmówił, wymawiając się brakiem czasu. Obiecał, że nadal będzie wspierał Gminę finansowo, ale lepiej byłoby, żeby stanowisko zajął ktoś, kto ma więcej czasu i ochoty, by się tym zajmować. Nigdy nie chciał być na przedzie i jednocześnie pozostawał bardzo ofiarnym człowiekiem. Byłam świadkiem, jak go proszono o zajęcie tego stanowiska. Często do sklepu nie przychodziłam, ale wtedy, rankiem, idąc do szkoły, zaszłam do sklepu i widziałam właśnie delegację z Gminy, która przyszła do ojca, by prosić go, żeby stanął na czele tej instytucji. Podobnie było z moją mamą, która bardzo angażowała się w pomoc potrzebującym. Pamiętam, że zawsze zbierała pieniądze na posag dla jakichś ubogich dziewcząt żydowskich, które miały wyjść za mąż. Zbierała posagi lub kupowała pościel dla tych dziewcząt. Często wraz ze służącą chodziła z koszami po szpitalach lubelskich, rozdając chorym jedzenie, owoce, słodycze. Pamiętam, że w domu robiło się soki, na przykład sok z winogron, który mama też nosiła do szpitala. My obracaliśmy się wśród zamożniejszej sfery. Nasza rodzina była zawsze kupiecka. Brat mojej babci, wujek Wajnbaum, miał przy ulicy Grodzkiej duży sklep z towarami łokciowymi. Znaliśmy adwokatów, lekarzy, zamożniejszych kupców i przemysłowców, jak chociażby rodzinę Zylberów, bodajże najbogatszą w Lublinie. W okresie międzywojennym. Zylberowie i moi rodzice to była ta sama generacja. Naszymi kuzynami, o czym już wspomniałam, były rodziny Fiszman i Korman, znane kupieckie rodziny w mieście. Obie te rodziny były również spowinowacone ze sobą. Ubieraliśmy się u najlepszych krawców lubelskich. Sukienki szyła nam Polka, Paulina, natomiast buty były od Bogusława, najlepszego i najbardziej eleganckiego szewca lubelskiego. Jak dokładnie się nazywał, tego nie wiem, ale pamiętam, że na szyldzie jego firmy była nazwa Bogusław.

Na spacer chodziło się do Ogrodu Saskiego

Chodziłam na koncerty i do kina. W większości przebywałam z Polkami. Polki bywały u mnie, ale ja nie pamiętam, żebym bywała u nich. W domu mieliśmy radio, przy którym tańczyłyśmy. Same dziewczęta. Pamiętam, że gdy była audycja o Palestynie, słuchały jej ze mną z dużym zainteresowaniem. Miałam wspaniałe koleżanki Polki. O ich losach dowiadywałam się już po wojnie. Na przykład Apolonia Chrostowska, w czasie wojny działała w konspiracji i za to została aresztowana. Niemcy wysłali ją do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück. Moimi koleżankami były także Hanka Mościcka i Krystyna Chwaśniewska. Swego czasu nawet zrobiłam sobie spis koleżanek, które przychodziły do mojego domu. Wszystkie były katoliczkami i wszystkie znały moją mamę. Nigdy nie miałam oporów przed kontaktami z Polakami. Pamiętam, że w szkole jako pierwsza podeszłam do księdza. Z żydowskich koleżanek miałam te, które chodziły ze mną do gimnazjum lub córki przyjaciół moich rodziców: Gradlów, dr Lewina czy dr Mesza, którego córka była moją najbliższą koleżanką. Na spacery, gdy byłam młodsza, chodziłam zawsze z guwernantką. Nawet później nie bardzo mogłam wychodzić do miasta sama, więc nie mogłam spotykać się z chłopcami. Na spacer chodziło się do Ogrodu Saskiego. Było to główne miejsce spacerów w Lublinie. Szło się przez centrum miasta. Tu kursowały dorożki. Samochodów było bardzo mało, więc Krakowskie Przedmieście do Ogrodu Saskiego było takim miejscem spacerów, gdzie wychodzili wszyscy. Nie pamiętam, żebyśmy chodzili do kawiarni. W kawiarniach spotykały się panie z zamożnych domów, których mężowie dobrze zarabiali, a one same nie pracowały i miały więcej czasu na takie spotkania. Natomiast na wakacje wyjeżdżało się do różnych miejscowości. Razem z mamą jeździłam do Otwocka i Falenicy. Mama po porodzie ze mną była słaba, miała kłopoty z płucami, więc lekarze zadecydowali, by jeździła w okolice Otwocka. Jeździło się także do Nowego Dworu koło Lubartowa. Było to popularne letnisko przed wojną w okolicach Lublina. Oczywiście, także do Nałęczowa. W tym czasie w Nałęczowie funkcjonowały dwa hoteliki, w których stołowaliśmy się. Wynajmowaliśmy pokój gdzie indziej, a do hotelu szło się jeść. Te posiłki w restauracji były ważne ze względu na brata, który był raczej niejadkiem, ale za to w miejscu publicznym nie trzeba go było specjalnie namawiać do jedzenia. Prywatnie strasznie kaprysił z jedzeniem, a w restauracji jadł. Oprócz przyjmowania gości, moi rodzice chodzili oczywiście do teatru, na koncerty lub do kina. Chodzili zarówno na polskie przedstawienia, jak i żydowskie. Na te ostatnie szczególnie wtedy, gdy do Lublina przyjeżdżały znane teatry żydowskie z Warszawy lub specjalnie na występy żydowskich gwiazd, na przykład Idy Kamińskiej. Na te koncerty żydowskie czasami również zabierali i mnie, specjalnie żebym zobaczyła znanych aktorów żydowskich. Ja jednak nie pamiętam, gdzie te koncerty były organizowane. Nie kojarzę tego z konkretnym miejscem w Lublinie. Ja, oczywiście, chodziłam także do polskiego teatru. Na polskie przedstawienia lub jakieś odczyty chodziło się głównie ze szkoły czy z racji jakiejś ważniejszej uroczystości. Uprawiało się też jakieś sporty. Oczywiście, nie takie wyczynowe jak dzisiaj. Na pewno nie chodziłam kąpać się do Bystrzycy, bo moja mama uważała, że nie wypada mi tego robić, ale pamiętam, że Bystrzyca była bardzo czystą rzeką i ludzie się w niej kąpali.

Ja osobiście antysemityzmu nie odczułam

Ja osobiście antysemityzmu nie odczułam w towarzystwie moich polskich koleżanek. Z niektórymi z nich utrzymuję do dzisiaj kontakt. Nie znaczy to wcale, że w Lublinie antysemityzmu nie było. Najbardziej antyżydowskie były środowiska studentów Katolickiego Uniwersytetu. Antysemityzm odczuli moi rodzice. Pamiętam, gdy raz wybrali się do kina. Mama była w eleganckim lekkim futrze. I to futro ktoś pociął z tyłu żyletką lub nożem. Zdarzały się także wypadki, że kupcom żydowskim endecka młodzież wybijała szyby w sklepach. Trzeba było zaciągać żaluzje na wystawach. Rzucali kamieniami w szyby wystawowe lub w ludzi. Mojemu tacie to się nie przydarzyło. Natomiast jego sklep był pikietowany w ramach bojkotu przez endecką młodzież. Pamiętam, że po takich wydarzeniach wracał bardzo przygnębiony do domu. Było to bardzo przykre doświadczenie. Rodzice raczej chronili mnie przed opowiadaniami o tego typu sprawach, ale o tym bojkocie doszły wiadomości również i do mnie. Po takich wypadkach moja mama chciała nawet wyjeżdżać do Ameryki. Pamiętam, że prosiła go, żebyśmy całą rodziną wyemigrowali do Ameryki, ale tata nie chciał zostawić sklepu i mama mu uległa, chociaż sama słyszałam, że rozmawiali na ten temat i mama prędzej wyjechałaby z Polski.

Tradycje rodzinne

W domu moim przyjmowało się co tydzień gości. W sobotę tata zamykał sklep i czynił to głównie ze względu na szacunek dla dziadków, którzy byli religijnymi ludźmi. Sklep zamykało się w piątek po południu i otwierało ponownie w sobotę wieczorem. W piątek wieczorem rodzice urządzali uroczystą kolację dla gości. Nie była to typowa kolacja na ciepło - podawało się wtedy rybę po żydowsku, jakieś sałatki i kompoty, a na deser ciasta i kawę. Tę kawę pamiętam specjalnie, bo pijano ją tylko w piątki wieczorem. W ciągu tygodnia piło się herbatę. Oczywiście, mnie jako dziecku nie pozwalano pić kawy. Kawa przed wojną była wielkim delikatesem. Z tego, co pamiętam, w czasie tych spotkań jadało się mizerię, która wtedy uchodziła za sałatkę. Jadło się także rzodkiewki. Natomiast nie pamiętam, żeby jadano zieloną sałatę. Pomarańcze pamiętam doskonale, ale były one drogie. Nie pamiętam zaś bananów. W moim domu jadało się także czerwone jabłka amerykańskie. Były bardzo drogie i bardzo czerwone. Podobno miały być też lepsze od polskich, ale ja dzisiaj myślę, że ich kupowanie to był taki rodzaj snobizmu. Jeżeli chodzi o gości, to przychodzili do nas zaprzyjaźnieni kupcy żydowscy, lekarze - bardzo częstym gościem był ginekolog, dr Lewin, zaprzyjaźniony z moimi rodzicami. Bywali także nasi komiwojażerzy. Firma moich rodziców zatrudniała takich agentów, którzy z towarem i próbkami jeździli po Polsce. Gdy przyjeżdżali do Lublina zawsze mieli u nas przygotowaną gościnę - był pokój gościnny i służące czekały na nich z posiłkiem. Z Polaków, którzy przychodzili do moich rodziców w gości, pamiętam jedynie państwa Miłosiów. Oprócz nich nie widzę nikogo z Polaków w mojej pamięci, którzy byliby bardzo zaprzyjaźnieni z naszą rodziną. Mieliśmy także zaprzyjaźnionego sąsiada Żyda. Był nim Efraim Krasucki, człowiek pochodzący ze znanej lubelskiej rodziny. Gdy na Sukkot robił kuczki, zapraszał do nich też mojego ojca. Wizyty gości w naszym domu, specjalnie organizowane, były w piątki. Rodzice byli wtedy po pracy. Obydwoje rodzice bardzo ciężko pracowali w sklepie. Tata oprócz tego jeździł po towar do Warszawy, Białegostoku, a nawet do Czechosłowacji. Stąd też, gdy w piątek po południu zamykał sklep, to znaczyło to, że zaczynało się święto i mieli wolny wieczór. W te piątkowe wieczory przychodzili goście, a w sobotę się odpoczywało. Można było dłużej pospać. Goście rozmawiali przeważnie po polsku. Czasami jedynie po żydowsku, zwłaszcza wtedy, gdy opowiadali sobie jakieś żydowskie dowcipy. Z moim zamążpójściem było podobnie, jak z kierunkiem wykształcenia. Zadecydowali o tym moi rodzice bo taki był zwyczaj. Wszystko odbywało się za moimi plecami. Zostałam wyswatana z Dawidem Bachem, bratankiem znanego adwokata lubelskiego Arona Bacha. Ten ślub został mi narzucony. Taka była wola moich rodziców. Co prawda, Dawid Bach był we mnie bardzo zakochany, wręcz do szaleństwa. Gdy przysyłał do mnie listy, to pisał je własną krwią, co mnie irytowało i zniechęcało do niego, natomiast było bardzo romantycznym gestem dla moich koleżanek. Ja musiałam się do niego przekonać. Moja mama poradziła Dawidowi, żeby udał się ze mną na studia do Belgii, do tej samej szkoły. Studia w Belgii miały trwać trzy lata, a ostatni rok wraz z dyplomem inżyniera garbarstwa robiło się już we Francji, w Lyonie, gdzie była specjalistyczna szkoła wyższego stopnia. Tak miały wyglądać nasze studia. Dawid Bach już wcześniej trochę studiował. Chciał być początkowo prawnikiem, ale tak na prawdę nie wiedział za bardzo, co ma studiować. Dopiero moja mama zaczęła mu doradzać, bo przecież rodzice planowali budowę garbarni na Kalinowszczyźnie. W trakcie studiów mój mąż odbywał nawet staż w garbarni Brykmana na Kalinowszczyźnie, a moi rodzice śmiali się, że niedługo będziemy konkurencją dla Brykmana. Rodzina Bachów była bardzo znana w Lublinie. Pochodzili bodajże z Kowla na Wołyniu. Uchodzili za na tyle poważną rodzinę, że swatki z propozycją wydania mnie za Dawida przychodziły do mojej mamy. Tu trzeba podkreślić, że w mniejszym stopniu zwracano uwagę na zamożność, a liczyło się to, że Bachowie to rodzina kulturalna i wykształcona. Tak było chociażby z panią Anną Bachową, żoną adwokata Bacha. Była to dumna i wyniosła kobieta, w typie chłodna. Pochodziła ze znanej, ale dość ubogiej rodziny, ale to, że rodzina jej była zbiedniała nie było żadnym wstydem. O moim małżeństwie zadecydowała głównie moja mama. Decyzję całkowicie pozostawił jej ojciec, który uważał, że są to typowo kobiece sprawy. Poza tym obawiał się jak ja na to wszystko zareaguję i wiedział, że mama lepiej mnie do tego przygotuje. Z tego, co ja wiem, w przypadku mojego ślubu nie chodziło o kwestię posagu. Moim posagiem było moje wykształcenie - przecież nasi rodzice wydawali bardzo dużo pieniędzy na nasze szkoły, a poza tym rodzice byli zdecydowani na budowę garbarni. Mój ślub nie był bardzo tradycyjny. Nie było na to czasu. Z pewnością nie byłam przed ślubem w mykwie. Ślub i wesele zorganizowane były w wielkim pośpiechu, ponieważ w tym samym czasie przygotowywaliśmy się do wyjazdu do Belgii i trzeba było skompletować wszystkie dokumenty. Mój tata jeździł do Warszawy po paszporty, bo tego typu dokumenty załatwiało się jedynie w Warszawie. Musiał też zdobyć zezwolenie na przesyłanie pieniędzy. Stąd też wynikał ten cały pośpiech, a było uzgodnione, że mamy wyjechać z Dawidem już jako małżeństwo. On nie chciał jechać beze mnie. Powtarzał, że coś sobie zrobi, jeżeli nie będziemy razem. Wesele odbyło się w domu. Gości nie było wielu, tylko rodzina. Pamiętam, że do domu przyszedł rabin, który udzielił nam jednocześnie ślubu religijnego i cywilnego. Rodzice wyjechali z nami do Warszawy, żeby nas odprowadzić na pociąg. Był to już rok 1938 i już mówiło się o wojnie. Zresztą o wojnie raz po raz dyskutowało się od momentu dojścia Hitlera do władzy, czyli od 1933-1934 roku. Pamiętam, że wtedy w Warszawie, na dworcu, moja mama zdjęła z siebie biżuterię i mi oddała, mówiąc, że to na wszelki wypadek, gdyby miało się coś wydarzyć, żebym miała jakieś zabezpieczenie. Dostałam także od rodziców dolary oraz trzy futra, które potem miałam w czasie wojny we Francji. Ja oczywiście dziwiłam się, nie chciałam brać. Nie myślałam wtedy o wojnie.

Przysmaki

Od „Rutkowskiego” zamawiało się ciastka, ale dziewczęta do kawiarni nie chodziły. Pamiętam, że razem z rodzicami chodziliśmy na naleśniki, które podawano „U Jarosza”, ale w ogóle nie pamiętam, czy lokal ten był w Lublinie. Normalnie, ze względu na rodziców, Żyd przynosił do domu koszerne mięso. Kucharka Rachelka dodatkowo je koszerowała, ale w naszym domu jadało się też szynkę wieprzową. Rachelka strasznie buntowała się przeciwko temu. Koszernie w domu jadał w zasadzie tylko ojciec. Czynił to ze względów rytualnych, ale my i mama bardzo lubiliśmy szynkę i ją jadaliśmy.

Wspomnienie o Annie Langfus (Szterfinkiel)

Muszę jeszcze wspomnieć o jeszcze jednej osobie, która związana była ze mną i Lublinem i później spotkałam ją we Francji. Gdy jeszcze uczyłam się w gimnazjum Unii, moją koleżanką z klasy była Anna Langfus. Oczywiście, to nazwisko jest po drugim mężu. Przed wojną nazywała się ona Szternfinkel, a jej ojciec był oficerem wojska polskiego w lubelskim garnizonie. Jeszcze przed wojną Hanka Szetrnfinkel wyszła za mąż za Jakuba Rajsa, który studiował w Bolonii, we Włoszech. Rajsowie byli również zamożną rodziną lubelską. Jakub wrócił do Polski specjalnie dla niej i tu zginął w czasie wojny. Ona sama uratowała się dzięki pomocy Niemca, który zakochał się w niej i ją ukrył. Po wojnie zamieszkała pod Paryżem, w małym miasteczku, gdzie mieszkali przeważnie Żydzi z Afryki Północnej. Warunki życia miała straszne. Mieszkała w kwaterunkowym mieszkaniu razem z córeczką. Była bardzo biedna. Aż wreszcie wydała swoją książkę – wspomnienia z lat okupacji, zatytułowane „Bagaże z piasku” (Le bagages de sable). Nie wiem czy ta książka była całkowicie napisana przez nią samą, czy pomagał jej ktoś, kto musiał być bardziej biegły w języku francuskim. Czyni się to przecież, by uniknąć błędów językowych. Zresztą sama pochodziła z inteligentnej rodziny i uczyła się przed wojną w Unii, a tam był bardzo wysoki poziom. W każdym razie książka ta zdobyła nagrodę Goncourtów – francuskiego Nobla literackiego. Pamiętam, że na krótko przed jej śmiercią widziałam ją w telewizji francuskiej. To był jej ostatni wywiad i zarazem spotkanie z tym Niemcem, który ją uratował w czasie wojny. Wyglądało to jak spowiedź jej życia. Wkrótce potem dowiedziałam się, że popełniła samobójstwo. Żyła w ciągłej depresji i nie wytrzymała. Jej drugim mężem był również polski Żyd, Langfus, prawdopodobnie także pochodził z Lublina.

Zofia Weiser

Relacja pochodzi z Archiwum Historii Mówionej Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.historiamowiona.tnn.pl