Dom rodzinny przy ulicy Szerokiej 40

(…) Sprzedawano tam specyficzny tylko dla Lublina przysmak - bubelach. Były to babki gryczane, pieczone w specjalnych naczyniach, które jedzono na ciepło z masłem. Wypiekano je przy Grodzkiej, dwa domy przed Bramą Grodzką.

Studenci Jeszywas Chachmej Lublin, 1932 r., autor nieznany. Źródło: zbiór Symchy Wajsa. Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl

Studenci Jeszywas Chachmej Lublin, 1932 r., autor nieznany. Źródło: zbiór Symchy Wajsa. Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl

Przed II wojną światową mieszkaliśmy przy ulicy Szerokiej 40, w kamienicy lubelskiego cadyka Szlomo Eigera, przywódcy lubelskich chasydów. Mój dziadek był chasydem Eigera i za jego namową najął mieszkanie w tym domu. Przeniesienie się do domu Eigera miało związek z rzekomymi proroctwami cadyka. Moja babka przez dłuższy czas nie mogła zajść w ciążę, a jeżeli już zachodziła, wtedy dzieci umierały w wieku niemowlęcym. Dziadek, jako pobożny chasyd, poszedł więc do swojego rebego po poradę i ten stwierdził, że w jego kamienicy zwolniło się mieszkanie i jeżeli zamieszkają z babką u niego, wtedy dzieci będą żyły. Rzeczywiście, gdy dziadkowie przenieśli się na Szeroką 40, zaczęły się rodzić zdrowe dzieci. Jednak potem okazało się, że moja matka zmarła nagle na raka w wieku 42 lat, wujek w wieku 43 lat został zamordowany przez Niemców. W każdym razie rodzina zamieszkała przy Szerokiej 40. Od frontu do kamienicy przy ulicy Szerokiej 40 przylegała Bożnica Chasydów Lubelskich. Miała ona wejście od ulicy Szerokiej i odgrodzona była od niej parkanem. Przed bożnicą znajdowała się suka-kuczka, którą wykorzystywano w święto Sukkot. Drugie wejście było od uliczki, która prowadziła do ulicy Nadstawnej. Przy tej przechodniej uliczce znajdował się po drugiej stronie od bożnicy skład węgla. Trzecie wejście do bożnicy było od zachodniej ściany i przeznaczano je tylko dla cadyka. Wejście to miało połączenie schodami z jego mieszkaniem. Na tejże samej ścianie znajdował się Aron ha-Kodesz, a po środku bóżnicy umiejscowiona była bima. Za nią stały ławki dla modlących się. Tylko najzamożniejsi posiadali swoje miejsca przy Wschodniej Ścianie. Specjalnie je wykupywali. Od Lubartowskiej wzdłuż Czechówki do Nadstawnej rozciągał się Targ Żydowski. Stały tam budki handlowe, które zamykano na noc. W pierwszym rzędzie budek handlowano rybami. Wzdłuż samej Czechówki do Nadstawnej ciągnął się rząd jatek z mięsem. Było tam ogółem 50 jatek z czego w 45 handlowano tylko koszernym mięsem, a w pozostałych pięciu niekoszernym. Z tych niekoszernych jatek jedna należała do Żyda o nazwisku Biderman. Był to ewenement, żeby Żyd handlował niekoszernym mięsem. Potem Bidermana oskarżono o rozprowadzanie fałszywych pieniędzy. Pozostałe niekoszerne jatki stanowiły własność Polaków. Narożny dom na Targowej należał do Brajtenbrotów. Mieściła się w nim restauracja. Niewielki rynek żydowski istniał także na placyku przy zejściu na Szeroką i Kowalską, zaraz za Bramą Grodzką. Prowadzono tam dorywczy handel na rozwidleniu wielu ulic. Między innymi sprzedawano tam specyficzny tylko dla Lublina przysmak - bubelach. Były to babki gryczane, pieczone w specjalnych naczyniach, które jedzono na ciepło z masłem. Wypiekano je przy Grodzkiej, dwa domy przed Bramą Grodzką. Na placyku tym sprzedawano także obwarzanki. Niedaleko stamtąd, róg Zamkowej i Krawieckiej mieściła się także tania restauracja żydowska, należąca prawdopodobnie do Bessa. Stołowali się tutaj głównie artyści lubelscy, którzy często nie mieli pieniędzy na droższe lokale. W tej restauracji, gdzie kwitło towarzyskie życie artystów, jedzenie można było dostać na kredyt. Był to zazwyczaj jakiś śledzik, zupa, pełne posiłki, smaczne i niedrogie. Droga żydowska restauracja mieściła się przy Lubartowskiej 15. Należała do Dornfelda i przychodzili do niej ludzie zamożni, prowadzący interesy. Tutaj opijano zawieranie transakcji. Przy Cyruliczej natomiast tanią jadłodajnię, taką niewielką restauracyjkę, miał Westler. Była ona tańsza niż u Dornfelda.

Cadyk Szlomo Eiger

Cadyk Szlomo Eiger posiadał duże wpływy w Lublinie i jeszcze większe na prowincji. W każdą sobotę przybywali do niego jego chasydzi. Większość tych osób była niezamożna. W szabat zostawiali swoje rodziny i przyjeżdżali do Eigera, by przy jednym stole zasiąść ze swoim rebe. Mówiono, że przychodzą łapać szirajim - łapać pozostałości jedzenia, które pomiędzy swoich zwolenników dzielił rebe. Główne dania dzielono przede wszystkim pomiędzy najbogatszych zwolenników cadyka, którzy mieli zaszczyt zasiadania najbliżej jego osoby. Oczywiście, związane to było z pieniędzmi, które Eiger otrzymywał od nich, o czym będzie za chwilę. Natomiast chasydzka hołota, pospólstwo, siedziało dalej i właśnie szirajim zostawiano dla nich. Chasydzi w ogóle przypisywali pieniądzowi moc oczyszczającą. Głoszono wśród nich zasadę, że „pieniądze oczyszczają z różnych grzechów”. Każda porada u rebego kosztowała, każde popełnione przewinienie można było odkupić odpowiednio wysokim datkiem, który szedł do kasy cadyka. W marksizmie mówi się o tym, że jest to fetyszyzm towarowy. Nic więc dziwnego, że cadycy w Polsce byli bardzo bogaci. Urzędowi, gminni rabini, którzy siedzieli w rabinacie - w Lublinie rabinat mieścił się w kamienicy Rynek 8 - byli biedni, bo ich pobory zależały od stanu finansów gminy. Sam Eiger w lubelskim rabinacie nie zasiadał, chociaż tam również miał swoje wpływy. Ale jego bogactwo wynikało ze starego, polskiego przysłowia: „za pieniądze ksiądz się modli, za pieniądze lud się podli”. Dzieci Eigera chodziły bardzo elegancko ubrane i już całkiem po europejsku. O wpływie pieniędzy na postawę cadyka i o wpływie jego samego świadczy słynna historia o największym cadyku w Polsce Alterze z Ger (Góry Kalwarii). By Gerer chassidim mogli przyjeżdżać do swojego rebego z Warszawy, puszczono ze stolicy do Góry Kalwarii specjalną kolejkę wąskotorową. W każdy szabat podróżowały nią chasydzkie tłumy. Kiedyś w pociągu doszło do antysemickich ekscesów, pobito kilku chasydów i wtedy cadyk zakazał korzystania z kolejki. Linia zamarła na kilka tygodni, a że była własnością jakiejś spółki belgijskiej, więc sami współwłaściciele przyjechali do Altera. Wybłagali go, by znów nakazał swoim zwolennikom korzystanie z kolejki. Błagania zostały poparte odpowiednio dużą sumą pieniędzy oraz obietnicą ochrony kolejki. Alter zezwolił swoim chasydom na jazdę kolejką, a w każdym wagonie porządku pilnował policjant. Wracając do Eigera, na święta żydowskie, gdy przyjeżdżało do niego szczególnie dużo chasydów zwłaszcza z prowincji, cała Szeroka robiła się czarna od chasydzkich kapot. Ale też Eiger, mimo swojego wpływu, nie miał tak wielkiej mocy na lubelskich Żydów. Wprost na przeciwko jego okien, po drugiej stronie Szerokiej, pewna Żydówka miała sklep i otwierała go ku zgrozie rebego i jego chasydów w soboty. Nie pomagały żadne klątwy i moralne perswazje, bo kobieta ta nie znała nawet w ogólnym pojęciu znaczenia słowa moralność. Sklep nadal był otwarty w soboty. Obecnie w Jerozolimie ten numer nie przeszedłby i musiałaby zamknąć sklep w sobotę. O Eigerze lubelskim mówiono też, że zdetronizował w Lublinie swojego starszego brata Azriela, któremu zgodnie z prawem dziedziczenia tronu cadyka należało się to stanowisko w mieście. Azriel wyjechał do Warszawy i tam do niego dojeżdżała część chasydów lubelskich, którzy nie chcieli uznać za cadyka Szlomo Eigera. Oprócz chasydów lubelskich w Lublinie były również grupy innych chasydów. Po nieparzystej stronie ulicy Szerokiej już przy samej Ruskiej - to był ostatni dom na Szerokiej nr 43 lub 45, mieścił się sztibl chasydów z Turzyska na Wołyniu i rezydował tam Trisker Rebe. Przy Lubartowskiej 21 znajdował się dwór cadyka z Białej - Bialer Rebe. Ten cadyk miał wielki problem przed wojną, ponieważ jego córka zakochała się w chrześcijaninie. Przy Lubartowskiej 18 swój sztibl mieli chasydzi z Radzynia i rezydował tu rebe Leiner, pochodzący ze znanego rodu Leinerów, posiadającego dwór w Radzyniu, gdzie przenieśli się z Izbicy. W czasie okupacji hitlerowskiej Leiner z Lublina walczył w partyzantce, a po wojnie wyjechał do Izraela. Dzisiaj synagoga i jesziwa Leinerów mieści się w Bnei Braq koło Tel Avivu. Byli też w Lublinie chasydzi z Humania. Nazywany ich także chasydami z Bracławia lub die Tojte Chassidim – „Martwi chasydzi”. Ich dawnym przywódcą był cadyk Nachman z Bracławia na Ukrainie, który nie zostawił po sobie następców, stąd też ich nazwa „Martwi chasydzi” - to znaczy bez rebego.

Bożnica przy ulicy Szerokiej 28

Znanym miejscem na Szerokiej była bożnica w domu pod numerem 28. Mieściła się tu dawna bożnica Widzącego z Lublina. Na parterze tego domu znajdowała się piekarnia, która wypiekała ciastka dla cukierni. Piekarzem tam był Mordechaj. Na piętrach kamienicy mieszkali lokatorzy. Sama bożnica usytuowana była za piekarnią, a wchodziło się do niej przez wejście prowadzące od uliczki przebiegającej od Szerokiej do Nadstawnej. Była to niewielka bożnica, pozostająca pod administracją Gminy Żydowskiej i mówiło się o niej, że jest przeznaczona dla modlących się w biegu. Tu zawsze był minjan i każdy, kto szedł ulicą, a chciał się pomodlić, mógł tu zawsze wejść i wiedział, że będzie tutaj dziesięciu Żydów gotowych do modlitwy. O tych minjanach mówi się, że są symbolem demokracji żydowskiej. Dziewięciu najmądrzejszych rabinów nie tworzy minjan podobnie jak dziewięciu największych żydowskich profesorów a dziesięciu najprostszych, ledwie potrafiących czytać Żydów tworzy minjan. Charakterystyczną dla Lublina cechą były również bożnice przeznaczone dla stowarzyszeń zawodowych - tragarzy, kupców, krawców itd. Na przykład przy Szerokiej 40 (?) taką bóżnicą była synagoga Parnes. Wielka Synagoga Maharszalszul znajdowała się w Lublinie przy ulicy Jatecznej. Była to Maharszalszul. Od strony góry zamkowej przylegała do niej mała synagoga Maharamszul. Budynek Synagogi Maharszala ukształtowany był zgodnie z biegiem ulicy Jatecznej. Przy jej skręcie ściana synagogi była zaokrąglona. Wchodziło się do synagogi przez przedsionek. Było to specyficzne miejsce, ponieważ jeszcze w XIX w., gdy jakiś Żyd został skazany przez bejt-din - sąd rabinacki - za jakieś wykroczenie, w tym właśnie przedsionku odbywał karę przywiązany do ściany. Nie wolno mu było wchodzić do synagogi. Z boku tego przedsionka znajdowała się niewielka salka modlitewna dla codziennego minjanu. Tu zbierali się Żydzi na codzienną modlitwę wtedy, gdy nie było konieczności organizowania dużych nabożeństw. Główne pomieszczenia synagogi otwierano dla modlących się na większe święta i w szabaty, gdy przychodzili tutaj wszyscy religijni Żydzi. Synagoga Maharszala mogła pomieścić jednocześnie około trzech tysięcy wiernych. Była ogromna. Miała wysokie sklepienia, podtrzymywane przez słupy przy bimie. Dla kobiet przeznaczone były parter przy północnej i południowej ścianach oraz I piętro przy północnej ścianie. Natomiast Wschodnia Ściana - auf di mizreh wand - to były miejsca dla zasłużonych i bogaczy. W Maharamszul lubelscy Żydzi obchodzili także święta państwowe i narodowe. W te wielkie święta do synagogi przychodzili także żydowscy żołnierze, którzy służyli w Lublinie w 8 pułku legionów. Do synagogi prowadził ich oficer, a przed Maharamszul żołnierze śpiewali chóralnie „Boże, coś Polskę”. Na wielkie święta rabin wygłaszał do wiernych odpowiednie przemówienie. Było też w lubelskim garnizonie kilku oficerów - Żydów, doskonale mówiących po polsku. Jednym z nich był kapitan Hertz, który był chlubą lubelskich Żydów. W każdą sobotę wraz z synami szedł do synagogi na Szeroką. Jeden z synów niósł jego tałes i modlitewniki. Jeden z jego synów do dzisiaj mieszka w Izraelu.

Na Podzamczu

Na Podzamczu mieściły się także chedery, do których posyłano chłopców z religijnych rodzin. Nauka w chederach była odpłatna, a płaciło się w zależności od zamożności rodziny. Najbogatsi mogli sobie pozwolić na wynajmowanie płatnych mełamedów, którzy przychodzili do domów. Przyjmowano ich bardzo elegancko. W piątki przed szabatem prywatny mełamed egzaminował ucznia w obecności ojca. Dla najuboższych dzieci żydowskich Gmina Żydowska prowadziła Talmud-Torę przy Jatecznej. Mieściła się ona z tyłu synagogi Maharszala. Chodziły tam dzieci z tych rodzin, których nie było stać na zapłatę w chederze. W Talmud-Torze, podobnie jak w chederach, uczono głównie przedmiotów religijnych, a ze świeckich wykładana była chyba tylko matematyka. W okresie międzywojennym znanym nauczycielem w tej szkole był Mojsze Jisifower - Mojżesz z Józefowa. Był bardzo srogim mełamedem. Nieposłusznych uczniów bił kańczugiem. W prywatnych chederach mełamedzi też byli bardzo surowi. Przy Szerokiej 12 funkcjonował cheder Icchaka Stoła. Stół także katował swoich uczniów. Na Zamkowej cheder prowadził Baruch Parech - Parchaty. Jego syn zginął później w walce z Anglikami w Palestynie. Najwięcej chederów było w Lublinie przy ulicy Nadstawnej. W domu nr 20 było ich kilka. Dom był duży, dwupiętrowy, posiadał duże podwórko z dwiema studniami. Działające tam chedery znajdowały się na kolejnych piętrach, zgodnie z kolejnymi stopniami nauczania. Na parterze mieścił się cheder prowadzony przez derdyk mełameda. Uczył on czytania i pisania, znajomości alfabetu hebrajskiego. Takimi mełamedami byli ojciec i syn, Lejbusz i Eli Ganczerowie. Drugim stopniem było nauczanie Pięcioksięgu Mojżeszowego - Chumesz ve Raszi. Tego nauczał mełamed Bencjon na I piętrze. Do jego chederu uczęszczał znany lubelski malarz Jehuda Razgour. Trzecim stopniem było studiowanie Gemary i Talmudu i to odbywało się na II piętrze, w chederze Hersze Reuwena. Potem już tak wykształcony chłopak mógł pójść na naukę do rabina albo do jesziwy. Każda żydowska rodzina zawsze pragnęła mieć syna a najlepiej kilku. Zawsze dbano o to, by przynajmniej jeden syn potrafił odmówić Kadisz za zmarłych rodziców. Modlono się więc o syna. Mełamedzi posiadali także pomocników, którzy nazywali się bahelfer. Od tego słowa powstało spolszczone słowo belfer i bakalarz, czyli nauczyciel.

Jesziwas Chachmej Lublin

Najwyższym stopniem nauczania była jesziwa, gdzie kształcono kandydatów na rabinów. W lubelskiej Jesziwas Chachmej Lublin kandydaci na studentów przy egzaminie wstępnym musieli znać na pamięć 200 stron Talmudu. Nauka odbywała się za pomocą wykładów, ale te musiały być następnie pogłębiane samodzielnie. Zalecane były samodzielne studia odbywane w parach studentów. Wynikało to z dwóch szkół Talmudu - Beth-Hilel i Beth-Shamay. Obydwie te szkoły zawsze prowadziły ze sobą walkę ideologiczną. Beth-Hilel podawała rozwiązania nieskomplikowane, natomiast Beth-Shamay odwrotnie. Według Talmudu na padole ziemskim działamy według Beth-Hilel, a w niebie według Beth-Shamay. Najbardziej uzdolnionym studentem w dziejach lubelskiej jesziwy był Josef Bojm, zwany także Izbicerem, ponieważ pochodził z Izbicy. Już w wieku 22 lat był autorem dwóch ksiąg religijnych i sam rabin Szapiro uważał, że Bojm jest najzdolniejszy. Wiecznie studiował i przy okazji był doskonałą partią dla córek religijnych bogaczy. Taki bogaty, religijny Żyd przychodził do jesziwy i tam szukał dla swojej córki religijnego i przy tym uczonego kandydata na męża. To był zaszczyt dla ojca, posiadać tak wykształconego zięcia. Bogaty teść, zgodnie ze zwyczajem i umową, ofiarowywał zięciowi „essn kes”, czyli wliczone w posag utrzymanie religijnego i uczonego zięcia. Zięć modlił się i studiował, a przez 10 lat, w zależności od zamożności mógł to być dłuższy albo krótszy okres, teść utrzymywał jego wraz z żoną i dziećmi. Pracowała zazwyczaj żona. Ale dla takiego bogacza było też wielkim zaszczytem pójść w sobotę do bożnicy z takim zięciem, by móc się nim pochwalić. Bojm trafił na takiego teścia, który należał do chasydów z Radzynia. Jedną z napisanych jego książek był traktat o Majmonidesie, zatytułowany „Beth Hamalchut”, a trzeba było być nie lada uczonym, by pisać o tym żydowskim filozofie. W czasie świąt państwowych i narodowych uczniowie z żydowskich szkół szli odświętnie ubrani do synagogi. Z naszej szkoły podstawowej nr 28, która była żydowską szkołą dla chłopców, poczet sztandarowy prowadził Szulman, który niósł sztandar szkolny. Jego rodzice posiadali restaurację róg Koziej i Bernardyńskiej. Była to normalna szkoła podstawowa tyle tylko, że nie uczyliśmy się w soboty i mieliśmy lekcje religii mojżeszowej. Większość nauczycieli była Żydami. Szkoła ta nie miała stałego lokalu. Jeden budynek mieścił się przy ulicy Zamojskiej 21. Za nim była ulica Wesoła i browar. Przy Zamojskiej odbywała się część zajęć. Na inne trzeba było chodzić na Żmigród, na jeszcze inne, na przykład na doświadczenia z fizyki, aż na Czwartek, bo tam była pracownia fizyczna w innej szkole. Lekcje w mojej szkole, w przeciwieństwie do szkół dla polskich dzieci, odbywały się w niedziele. Dyrektorem tej szkoły był Elwer, zasymilowany Żyd z Galicji. Z Galicji pochodził również Kaj, który z wykształcenia był prawnikiem, a że w Galicji i w ogóle w Polsce było wielu żydowskich prawników, którzy nie mogli znaleźć pracy, więc w naszej szkole uczył gimnastyki. Dla uczniów był bardzo surowy. Matematyki uczył Hochgemajn, który w czasie wojny był członkiem Judenratu w lubelskim getcie. Moim wychowawcą był bardzo lubiany przez wszystkich Cwi Frakter, który uczył geografii, ale był lepszym działaczem syjonistycznym niż geografem. W 1915 r. zasłużył się tym, że w Lublinie organizował żydowską samoobronę. Po wojnie mieszkał w Izraelu. Były też dwie nauczycielki - Polki: pani Kochańska oraz pani Smereczanka, która pochodziła prawdopodobnie z Kresów. Dzięki nim wiele żydowskich dzieci z domów, w których nie mówiło się po polsku, poznało bardzo dobrze język polski. Religii uczył nas bardzo mądry Izrael Isser Szper. Jego brat wraz z żoną prowadzili przez kilkanaście lat znane w Lublinie, mieszczące się przy Zamojskiej, Gimnazjum Szperów, które doprowadziło ich do ruiny majątkowej. Wracając na Podzamcze, ulica Szeroka, przy której mieszkałem, uchodziła jeszcze za ulicę zamożniejszą, przynajmniej w skali Podzamcza. Oczywiście, różne były domy i różni ludzie w nich mieszkali - bogatsi i biedni. Zamożniejszymi domami były Szeroka 43 i 45. Te kamienice były bardziej eleganckie i lepiej utrzymane, ponieważ zamożniejsi lokatorzy, którzy w nich mieszkali, regularnie płacili czynsz. Inne domy przy Szerokiej były bardziej zaniedbane. Przede wszystkim domy nie posiadały kanalizacji. W żadnym domu nie było ubikacji w mieszkaniach. Mieściły się one na podwórkach i były wspólne dla wszystkich lokatorów. Nawet w polskich dzielnicach nie było często nowoczesnych ubikacji. W naszej szkole przy Zamojskiej była tzw. ubikacja arabska - kucało się w niej nad otworem kloacznym. Przy Szerokiej, od nieparzystych domów było wejście na ulicę Zamkową. Do Zamkowej można było przejść również nad Zasraną Bramą, która oddzielała Szeroką od Krawieckiej, Podwala i ulicy Podzamcze. Za Zasraną Bramą mieszkała już tylko biedota. Ulice Kowalska i Cyrulicza były bardziej kupieckie. Przy Furmańskiej mieściła się sprzedaż drobiu. Zamożną ulicą była Lubartowska. Znany był tam dom nr 15, stanowiący własność Kopela Wurmana. Od frontu w kamienicy tej mieszkały same zamożne rodziny.

Aleksander Szryft

Relacja pochodzi z Archiwum Historii Mówionej Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.historiamowiona.tnn.pl