Mieszkałem na rogu ulicy Zamkowej i Krawieckiej

Szara, bezbarwna, hałaśliwa, ze specyficznym zapachem cebuli, czosnku i śledzi. Taka była ulica Krawiecka.

Ulica Krawiecka 28, 1930 r., autor nieznany. Źródło: Archiwum Państwowej Służby Ochrony Zabytków. Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl

Ulica Krawiecka 28, 1930 r., autor nieznany. Źródło: Archiwum Państwowej Służby Ochrony Zabytków. Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl

Mieszkałem na rogu ulicy Zamkowej i Krawieckiej. W tej chwili obie znikły z planu Lublina, ale do 1939 roku odgrywały one ważną rolę w mieście, z uwagi na duże skupisko ludzkie. Najwięcej tam było Żydów. Jak się ktoś pytał: „Gdzieś się urodził?” „Urodziłem się na Żydach”. To się już utarło takie powiedzenie, bo rzeczywiście, przy ulicy Krawieckiej mieszkało tylko cztery polskie rodziny, a ulica była bardzo zagęszczona, sporo budyneczków, budek, także mieszkańców - obywateli polskich pochodzenia żydowskiego - było bardzo dużo, a tylko cztery rodziny polskie, więc to określenie „urodziłem się na Żydach”. Ulica Krawiecka wybrukowana była kocimi łbami. Chodniki były wykładane płytami. Były nierówne ulice. Jak to ulica: szara, bezbarwna, hałaśliwa, ze specyficznym zapachem cebuli, czosnku i śledzi. Taka była ulica Krawiecka. Ulica Lubartowska była polska, a kamienice były żydowskie. Także i Lubartowska i Stare Miasto były brukowane. Na Żydach te doły i na prawo i na lewo to były kocie łby. Kamienice były raczej szare. Szczególnie tutaj ulica Krawiecka, Jateczna, bardziej kolorowe były ulice Kowalska, Szeroka, bo to rzeczywiście jak na warunki tamtego osiedla - to była ona szeroka stosunkowo. Były one bardziej kolorowe, było dużo reklam. Natomiast pozostałe ulice odchodzące od Szerokiej - Kowalska, Furmańska - były szare, pobudowane tak ad hoc, dobudówki różne, nie wyglądało to uroczo. Na Krawieckiej mieszkali szewcy i krawcy. W jednym pomieszczeniu - w kuchni - stał zydelek, stał warsztat szewski czy stół krawiecki i ten szewc czy krawiec tam mieszkał, pracował, jadł, żył, spał. W nocy rozkładał jakieś sienniki do spania, a w dzień zamieniał to na pracownię szewską czy krawiecką. Najczęściej to w kuchniach to mieli te swoje zydelki, bo takie siedzenie szewskie to się zydelek nazywa. Miał taki warsztacik i tam kuł te swoje buty, na drewniane szpilki robił, miał szpilarek, dratew, szydło, i tam szył, bił, robił buty, dobre buty. Mówił: „Antoni, kupcie buty. Ręce nogi połamiecie, a butów nie zedrzecie”. Moja matka szyła, była krawcową dla siebie, dla nas wszystkich, natomiast buty nie gorzej od szewca robił mój ojciec, reperował. Jak trzeba było, to się kupowało. Słynne były te targi. No człowiek się targował, można się było targować. Na początku za parę butów proponował 7 złotych. Ostatecznie kupiło się za 3 złote - nawet do tego stopnia. Najczęściej jeżeli mówił 7 złotych za parę butów na początku, to musiały być dobre buty, Gimza, no ale jak się powiedziało 5, to on - nie - 6, no to nie - 3, no to on - 4, no i takim żydowskim targiem dochodziło się do jakiejś kwoty, z której był zadowolony. No, Żyd jak się wyszło ze sklepu, to wybiegał: „wróć pan, dogadamy się, ja opuszczę jeszcze, kup pan u mnie, nigdzie nic lepszego pan nie kupi, będzie u mnie wszystko najlepsze”. Do miasta Żydów przed wojną nie było dużo przyjezdnych, bo do biedoty to kto tam przyjeżdża. Mój świat się przed wojną zamykał przy Bramie Krakowskiej, przy Nowej, Lubartowskiej, Siennej. Przy Siennej był kirkut. Nie chodziło się na kirkut, bo był ogrodzony, Żydzi pilnowali go. Bardzo często były pogrzeby żydowskie. Były takie czarne budy ciągnięte przez jednego konia. Tam wsuwali zwłoki owinięte w prześcieradło i szedł tłum płaczek żydowskich. Żydówki zarabiały płakaniem na pogrzebach. One zawodziły pieśni pogrzebowe. Im bogatszy Żyd, tym więcej płaczek. Ślubu nie spotkałem. Mieszkając na Żydach nie pamiętam ślubu, w naszej kamienicy nikt nie brał ślubu. Do sklepu można było zapukać o każdej porze, nawet w nocy. Zazwyczaj na zapleczu tego sklepiku mieszkał Żyd i on pytał: „Wu sys te?”, czyli „Czego chcesz? Co jest?”. No, chciałam nafty, czy proszki z krzyżykiem. Żyd sprzedawał często na borg, czyli na kredyt. Na ścianie miał gwóźdź i kartkę na każdą rodzinę. Na przykład Stanisławowa wzięła to a to. Matka była żoną Stanisława. Po lewej stronie ulicy Krawieckiej były kamienice, po prawej był skład desek, później dalej - zaczynały się domy. Tutaj gdzie jest ten kościół i dom archidiecezjalny, był dom dla ludzi specjalnej troski - ludzi z chorobą psychiczną. Wizytówką tego był syn - podobno piekarza, który stał zawsze w oknie i na parapecie gniótł ciasto, to znaczy udawał, że gniecie to ciasto, to ciągle tam mieszał rękami, to mi utkwiło w pamięci. Na rogu ulicy Podwale i Krawieckiej, obok tego kościoła - teraz tego nie ma - stała taka kapliczka z barankiem. Baranek miał taką czerwoną ranę, teraz nie ma tej kapliczki. Idąc Krawiecką dochodziło się do Siennej, Sienną się przechodziło na Kalinowszczyznę, i już dalej - peryferie, już tam się rzadko chodziło. Do Siennej szło się w lewo, a w prawo, nad Bystrzycę, tam pod most Krauzego. Naprzeciw Krawieckiej to była tzw. ulica Wąska - przez nią przechodziło się do ulicy Cyruliczej i na Furmańską. Jak się chciało dojść do Lubartowskiej, to się szło ulicą Wąską. Ciekawa sprawa też była z tą ulicą Wąską, bo z ubikacjami były kłopoty. Były najpierw te sławojki, potem policja to rozrzucała, bo te szamba były wybierane ręcznie. Jak się szło ulicą Wąską, szczególnie rano, to trzeba było wołać: „Idzie się, idzie się”, bo każdy te naczynia nocne wylewał przez okno na bruk tej ulicy Wąskiej. Ona była naprawdę bardzo wąska - wóz taki żelaźniak ledwo co się przeciskał. Były budynki dość wysokie - jak kanion była, budynki były 2-3 piętrowe, a ulica była bardzo wąska. Ulica Wąska właściwie nie miała nazwy. Ją nazywali Ciasną, ale Ciasna już jedna była, więc nazywali ją Wąską. To była ulica, która stanowiła przedłużenie obecnej Cyruliczej i łączyła ją prostopadle z Szeroką. Tam się z ledwością mieścił jeden wóz. Ulica Wąska, jak kanion, zabudowana piętrowymi budynkami. Była jeszcze po wojnie. Szeroka zaczynała się od ulicy Kowalskiej, tam gdzie kończy się Kowalska i zaczyna się Plac Zebrań Ludowych, Plac Zamkowy, to stąd się zaczynała Szeroka. Na początku ulicy Szerokiej znajdował się taki kiosk, wodociąg. Z białej cegły, niewypalanej w piecu tylko na słońcu, tak jak klinkier, i tam sprzedawała Żydówka wodę. Kończyła się przy ulicy Ruskiej takim samym wodociągiem. Ten wodociąg jeszcze stoi do tej pory - na placu manewrowym PKS. Można go jeszcze zobaczyć. Były dwa takie kioski przy ulicy Szerokiej, na początku i na końcu, kiosk murowany w stylu neogotyckim. Za 5 groszy były dwa wiadra wody - to było ok. 60 litrów, to zależy jakie kto wiadra miał. Jak ktoś miał duże wiadra, to 5 groszy kosztowały dwa wiadra. Każdy brał duże wiadra żeby taniej kosztowało. Atmosfera tego miasta była bardzo spokojna, życie toczyło się powoli, gdzieniegdzie przetoczy się wóz z krzyczącym Żydem - szmaty, gałgany, kupię, zamienię na talerze, łyżki. Tak troszeczkę sennie, troszeczkę spokojnie, tak upływały dzień za dniem bez jakiś szczególnych wydarzeń. Na ulicach słychać było głównie jidisz. Wtedy nie wiedziałem, że to był jidisz. Mówili „po żydowsku”. Polski rozumieli doskonale, a mówili „po polskiemu”. Charakterystycznym elementem tego miasta to był taki „Achulaloasios” - Żyd, który był chory psychicznie. Strasznie mu dokuczano. On chodził po tych ulicach, to się z niego naśmiewano „a hulala, a hulala, a hulala a sios, a ho sios”. Dzieci ganiały za nim i rzucały kamnieniami. Nieodzowny obrazek tych lubelskich ulic, tego dołu, to był ten Achulaloasios. A tak, to pamiętam łyżki. Na te żydowskie Kuczki - sądny dzień - Żydzi wyrzucali łyżki owinięte w papier. Nowe łyżki wyrzucali. Nie wiem, z jakiej to okazji. Zapachy tego miasta były raczej nieprzyjemne. Tak jak w mieszkaniach - okna były pootwierane na ulicę - ten zapach czosnku, śledzi. Zresztą bardzo dużo było śledzi w sklepach. Nie było kanalizacji, więc jeśli były sprzedane śledzie, to ten słony sos śledziowy z beczek wylewano w rynsztoki. To ciekło po tych rynsztokach, także zapach był taki cebulowo - śledziowo - czosnkowy. Chodziłem po Starym Mieście, wychowałem się tutaj, zegarek nosiłem pod Bramę Krakowską żeby ustawiać, bo u nas był jeden zegarek na cały budynek. To jak stanął, to żeby go ustawić, to się szło Grodzką do góry, do Bramy Krakowskiej, ustawiało się przy Bramie Krakowskiej zegarek, wracało się, stawiało się w domu i to był dokładny czas. Stare Miasto wspominam bardzo dobrze, wyglądało może nawet lepiej niż w tej chwili, bo teraz ciągle te remonty, kamienice takie obskurne. Wtedy to miasto jakoś tętniło życiem. Teraz poza stałymi bywalcami pod dwoma czy trzema bramami co stoją, to tak jakby nie było żywe, a wtedy - tu przemykał Żyd, tam przemykał Żyd, tu szła tam para z dziećmi na spacer - widać było, że to jest życie. W tej chwili tego jakoś nie widać, nie wiem, albo więcej ludzi tutaj było - na pewno więcej było, bo teraz nie ma tych ulic na dołach w ogóle. Mało jest też na Starym Mieście mieszkań, ludzie się przenieśli, już coraz to mniej - jakieś instytucje, sklepy, kawiarnie. Z Bramy Grodzkiej jak się wychodziło - to teraz jest wiadukt - przedtem to była tak zwana Psia Górka, taka górka, co w lewo się schodziło do ulicy Szerokiej, a w prawo - do ulicy Zamkowej. Tam był targ. Żydówki kupczyły swoim towarem, sprzedawały różne rzeczy, szczególnie bardzo dobre były „abubałacej”, przysmak, który w tej chwili trudno spotkać. To było z jakiejś mąki gryczanej - babeczka w zimie na gorąco, a w środek było włożone masło. Przy kilkustopniowym mrozie dostawało się cieplutką bułeczkę do ręki, taką jak babeczka wielkanocna, tyko mała, czarna, i w środku z masłem - no miód, no niebo w gębie. Pamiętam to szczególnie w zimie - sprzedające Żydówki siedziały na żeliwnych saganach, w których był węgiel drzewny, na tym worki czy chusty i one na tym siedziały, w największy mróz to one tam siedziały i ciepło im było bo ten węgiel się żarzył. W drugim takim saganie trzymały te „abubałacej”, na tych węglach, dlatego to było takie gorące i świeżutkie. Później Zamkowa szła do Zamku, w prawo - na Krawiecką, w lewo - do Szerokiej. Następna ulica równoległa do Krawieckiej, to była tak zwana ulica Podzamcze, tuż przy samym murze zamkowym. Tam taki był płot z siatki i przy tym płocie szła do Siennej ulica Podzamcze. Jateczna to była boczna Szerokiej po lewej stronie, ale tam już dalej, za Zamkiem. Psich Górek to było kupę. Co górka, to była psia. Jeśli chodzi o tę górkę, która łączyła Krawiecką z Szeroką, to tu siedziały żydowskie przekupki i w zimie sprzedawały gorącą fasolę, makagigi i abubałacej. Makagigi to były cukierki robione z maku i syropu ziemniaczanego. Sprzedawała je Arbuzowa w sodówce-owocarni po lewej stronie Grodzkiej w stronę Zamku. Fasola gorąca w garnku: Żydówka nabierała to garnuszkiem i sypała do zwiniętej gazety lub papieru. Cukierki raczki, rybki. Przy Krawieckiej 2 Żyd miał taką piwiarnię, nazywał się Pini. Pamiętam, bo mnie lubił i wołał mnie: „Bogdański, Bogdański chodź na rybki” i dawał mi kilka. Pomiędzy Nową a Świętoduską były Jatki - sklepy mięsne. Tam były takie murowane stoły, budki z pieczywem, tam zobaczyłem pierwsze napisy i nazwiska chińskich sprzedawców - nawet Chińczycy tam byli, ale dużo było Żydów. Tam można było wszystko kupić, od butów, wszystko noszono na rękach, jak u nas na Kresowej, czy przy Gomółki, także tam można było wszystko kupić - od choinki na święta Bożego Narodzenia, po kiełbasę z kotła na gorąco do ręki. Chodziłem tam często - chodziłem z matką, chodziłem do takiej pani Kowalskiej, która miała jatkę - sklep mięsny. Te arkady, które pozostały, to są pozostałości tych jatek. Było ich kilkanaście. Chodziłem szczególnie w zimie, bo w lecie to nie smakowała mi kiełbasa na gorąco. Matka kupowała zawsze z kotła kawałek kiełbasy na gorąco. Pamiętam, miałem wełniane rękawice, ten tłuszcz z tej kiełbasy wsiąkał w te rękawice. Chodziłem czasem, a raczej byłem prowadzany, po Krakowskim Przedmieściu. Mam jeszcze nawet zdjęcia z rodzicami na Krakowskim Przedmieściu. Krakowskie teraz zaczyna się upodabniać do dawnego. Ta część do 3-go Maja, te latarnie stylowe takie, jakie były kiedyś. Dorożki - nie ma teraz dorożek - taki element: stały, jeździły, taki charakterystyczny element. Najdalej to się dochodziło do Saskiego Ogrodu, w zasadzie tu się kończyło miasto. Pamiętam cukiernie: Chmielewskiego, Rutkowskiego, Semadeniego. Pamiętam przy Hotelu Europa posłańców, którzy siedzieli na stołeczkach, w czerwonych czapkach, z torbami skórzanymi przed sobą. Siedział na takim trójnogim stołeczku. Jak trzeba było coś komuś przesłać, to on to zanosił do adresata. Ja najczęściej jadłem ptysie i napoleonki, to mi najbardziej smakowało. Później też będąc dorosłym człowiekiem chodziliśmy na ptysie i na napoleonki do Chmielewskiego, choć to już nie był Chmielewski tylko Ratuszowa, a teraz jest znowu Chmielewski. Przed wojną policjant często patrolował ulice. Teraz porządki, a porządki przed wojną - to jest wielka różnica. Jeśli leżał papierek to policjant przychodził po dozorcę, brał go i ten musiał przy nim ten papierek podnieść. Bardzo modne było łuskanie ziarek ze słonecznika i dyni. Często robiły to żydowskie dzieci i pluły na chodnik łuskami, to też kazał sprzątać. On sobie trzy razy dziennie przechodził. Rano, w południe i późnym popołudniem tak sobie spacerował. Moja matka, dopóki nie była współwłaścicielką, to była gospodarzem domu. Mimo, że była nędza, mimo, że nie było kanalizacji, to ta policja o porządek dbała. To był jeden policjant dzielnicowy. Popularne było wystawianie rur od piecyków w okna. „Icek wsadził rurę w moją dziurę, że jak zaczął dymać, to nie mogłam wytrzymać”. Tak Żyd na Żyda donosił. Tak opowiadała moja mama. Mówiła do ojca: „Słuchaj, ten Icek z drugiego piętra znów się handryczył z Rywką”. „O co znowu?” „Ano, że piecyk nodziutki - co znaczyło nowiutki – wstawił”. A ta pisała, że Icek wstawił rurę. Piecyki były popularne wśród biedoty. Bogaci to mieli wspaniałe piece, olbrzymie, z kafli berlińskich. Jak zlikwidowali getto, to ludzie rozbierali te piece i wynosili z getta kafle. Bogaci w gettcie to mieszkali przy Szerokiej, ale przed wojną, to mieszkali przy Królewskiej, na Szopena, na Olejnej, na Złotej, na Lubartowskiej.

Życie się toczyło na ulicy

Życie się toczyło przede wszystkim na ulicy - wystawali wszyscy przed domami, siadali na ławeczkach, na stołeczkach. Już w marcu, jak zaświeciło pierwsze słońce, to wychodzili ludzie starzy, grzali się, grzali kości na słońcu, przed bramami. Żydzi hołdujący tradycjom starozakonnym - w chałatach, pejsaci, w krymkach na głowie. Zresztą dokuczaliśmy im najbardziej. Wszystko toczyło się na ulicy. Handel też. Były sklepy, kawiarnie, piwiarnie, ale na ulicy, tutaj w Bramie Grodzkiej po lewej stronie była sodówka, miała ją pani Arbuzowa, sprzedawała też jedno z pyszności - makagigi. To takie z maku robione, też to było dobre, teraz się tego nie spotyka. Bajgli, bajgli - nosiły w koszyku Żydówki. Zresztą na tej Psiej Górce sprzedawały. Abubałecaj, bajgle, zachwalały swój towar, nosiły w dużych koszach, na sznureczkach. Nieraz mama w przypływie dobroci kupiła dwa sznureczki. Po prawej stronie Bramy Grodzkiej była sala tańca. Gdzieś tutaj przychodzili starsi panowie i panie. Przychodzili na tańce. Ludzie tam mieszkali, ale sala tańca też była. Miał ją Szame Grajer, tą salę tańca. Byli tacy drwale, którzy cięli drzewo. No więc chodził taki, kobyłkę na plecach, siekierę za pasem i piłę pod pachą. Chodził i „drzewo tnę, drzewo tnę” przy piekarniach, przy mieszkaniach, ktoś kupował drzewo w łupkach i to się cięło na takim koziołku i rąbało, w wiązki się wiązało. No kręcenie wody w piwiarniach czy gdzieś, kręcenie lodów, tego już się nie robi. W beczce z lodem stała bańka z lodami i to się kręciło ręcznie żeby to zamarzło w środku. „Jesteś silny to idź kręcić wodę na rynek”. Kręciło się wodę na wodę sodową do sodówek, no to tam kręciło się takim kołem wodę, teraz tego nie ma. Było bardzo dużo dekarzy - to jest zawód taki, co krył dachy papą. Dachy były przeważnie z papy. Rzadko były inne pokrycia, blacha czy coś. To dekarze byli. Przy ulicy Przemysłowej była taka wytwórnia papy i tam też pracowali dekarze. W zimie robił papę a w lecie jeździł na dachy, kryć dachy. W tej chwili to dekarz to zanika. Byli zdunowie. No w tej chwili zduna to ze świecą znaleźć trudno. Przedtem na każdej ulicy prawie był zdun. Były tylko piece, psuły się i trzeba było je reperować. Dorożkarze - w tej chwili zanikający zawód, profesja. Już teraz nie spotyka się dorożkarzy. W Lublinie nie ma w ogóle, wyparły taksówki. A kiedyś przy Cyruliczej stało dużo dorożek konnych, jednokonnych, ładne, czarne, z budami, z tyłu takie miały osie, to jak jechał dorożkarz, to się czepiało, siadało z tyłu bodaj się trochę przejechać. Bawiliśmy się w to, w co się teraz bawią - w klasy, w berka, w „chodzi lisek koło drogi”, w wojny, skakanka, takie bawienie. Wydarzeniem był na przykład pogrzeb żydowski. Pamiętam jak wynieśli umarłego, to szły płaczki najęte. Za to się dostawało dużo pieniędzy. Były Żydówki płaczki, które płakały za umarłą. Pamiętam ten charakterystyczny płacz: „aj, waj, waj, waj” zachodziły się, płakały. Czym bogatszy umarł Żyd, tym więcej miał płaczek i tym bardziej doniosły pogrzeb. Chowali ich w takich skrzyniach, to nie były trumny. Bo Żydów chowa się w kucki, na siedząco. Jak się pytaliśmy dlaczego, to mówili: „Po to, żebyśmy wcześniej podnieśli się na Sąd Ostateczny, wcześniej od Polaka, bo Polak leży, to dłużej będzie się podnosił”. Chyba teraz tak samo chowają. Jechała czarna buda zaprzężona w dwa konie, w czerni, za tym kupa płaczek, rodzina i to jechało na kirkut najbliższy, tam do kostnicy, i tam chowali. Pamiętam, że na każde święta Bożego Narodzenia czy Wielkiej Nocy, to się nosiło w brytfankach ciasto do piekarni. Nikt w domu nie piekł, tylko się nosiło do piekarni. Tam kolejki były jak w maglu, tam się odbywała cała dyskusja polityczna i niepolityczna, ekonomiczna i gospodarcza. Panie gospodynie domowe, czekając na wypiek swojego ciasta, omawiały różne problemy, ich problemy. Na rogu Zamkowej i Krawieckiej była piwiarnia i przygrywał tam skrzypek, zawsze chodziłem go słuchać. „Graj skrzypku mój” - tę melodię zapamiętałem będąc jeszcze dzieckiem. Jaka była muzyka tego miasta? Tu nie było słychać dźwięków odbiorników radiowych. Tu chyba nikt nie miał radia. Było słychać turkot kół po bruku, nawoływanie dzieci żydowskich, „bejchło, bejchło choć tutaj, nie ruszaj tego” - krzyki Żydówek. Wrzaski dzieci, bo dzieci bawiły się w berka - były głośne, jak dzieci. No i grał ten skrzypek. Był gwar wielu głosów, jak na perskim rynku. Każdy mówił, nikt nie słuchał i był gwar, szczególnie na tej Psiej Górce, na tym targu tutaj, to był gwar, mnóstwo ludzi, „abubałacej, bajgli, bajgli!” i inne zachwalanie – „szmaty, gałgany, kupię, wymienię, talerze, szklanki, kupię, sprzedam”, zachwalili co mieli - śledzie, ryby. Inne miejsca, gdzie spotykali się ludzie? Nie było pralni, były praczki, gdzie się zanosiło, to się tam nie dyskutowało, nie rozmawiało, zostawiało się bieliznę u praczki i za dwa czy trzy dni się odbierało upraną bieliznę. W maglu za to, to plotki odchodziły, omawiały panie wszystko po kolei, maglarka nawijała nie tylko bieliznę na wałki, ale i mowę, no i panie wtórowały, to już były plotki niesamowite, kto z kim, gdzie, dlaczego i kogo. Mężczyźni chodzili na piwo i rozmawiali. Tą Wąską ulicą ojciec chodził nieraz - najczęściej to w sobotę, po wypłacie, bo co sobotę dostawał wypłatę. Chodził na Lubartowską, pod 10 była taka piwiarnia, nazywali go Bolszewik, „U Bolszewika”, to słynne było. Za piwo się płaciło, a za groch nie. Był duży groch - Jaś, bardzo słony, i każdy leciał na ten groch, a właściciel podsypywał tego grochu. Bo wiadomo, kto się najadł więcej grochu, to więcej wypił piwa i on miał zysk z tego tytułu. Mówił: „U mnie jest groch za darmo, ale za piwo musi Stanisław zapłacić”. Pamiętam mezuzy - to była taka blaszka, ukośnie przybita do futryny drzwi, i tam było pismo ich święte zwinięte, a to była blaszka i wchodząc oni to dotykali ręką i całowali. Mieli też lichtarze 7-ramienne, jeśli się nie mylę. Bardzo dużo mieli moździerzy, nawet u biednych Żydów dużo było moździerzy, mosiężnych, potężnych, no i lichtarze. Na każdy Szabat oni zapalali sobie lichtarze, także nawet biedne rodziny miały ładne, mosiężne lichtarze. Pamiętam chasydów i zagrania z nimi, jak im się wstrzeliwało gumki w pejsy. Mówiło się o nich „starozakonni”. Nie byli agresywni, także się im bardzo dokuczało. Żydowskie dzieci tak samo jak polskie. Możliwe, że ja dużo pamiętam, bo miałem brata starszego o sześć lat i musiał mnie wszędzie zabierać i dlatego w wielu rzeczach uczestniczyłem. Białe szaty zakładali tylko do modlitwy, białe szaty i klocki [filakterie].

Brakuje mi nieraz tego kolorytu

Ja pochodzę ze zubożałej inteligencji, pracującej. Ojciec miał małą maturę przed wojną, matka była współwłaścicielem kamienicy w której się urodziłem, miała 1/8 tej kamienicy. Pozostali właściciele to byli Polacy wyznania mojżeszowego, czyli Żydzi. Kontakty z Żydami wspominam bardzo dobrze. Zresztą opowiadała mi moja mama - gdyby przyszło nas - było nas dwóch, ja i mój brat Tadeusz - wychowywać wśród Polaków, to byłoby gorzej. Wśród Żydów było lepiej. Żydzi byli bardzo układni, odnosili się do Polaków z szacunkiem. Oni byli zamkniętą kastą, uważali, że Polak to był wyżej, a Polak inteligent, to już było coś. Tutaj mieszkała biedota żydowska - szewcy, krawcy, nazwy ulic wywodziły się od zawodów. Na Krawieckiej bardzo dużo było krawców i szewców. Naprzeciw nas mieszkała rodzina żydowska - to byli szewcy, na górze był krawiec. Byli raczej biedni, ale dobrze się żyło z nimi. Byli bardzo szczerzy, wylewni, niezawistni. Byłem kiedyś w mieszkaniu u tych ludzi. Bardzo skromnie, można powiedzieć, nawet ubóstwo. Spali na siennikach, bo ja chodziłem do biedniejszych Żydów. Ci bogatsi mieszkali przy Królewskiej, przy Olejnej - im wyżej, tym większy społeczny statut Żydów. Tam mieli już umeblowanie, meble gdańskie. A tutaj na jednym sienniku spało 3 - 4 osoby. Było bardzo ubogo. Wiem, że na święta żydowskie zawsze była maca. Myśmy mieli wyżerkę, bo dzieci żydowskie zawsze nam tę macę wynosiły i dzieliły się z nami tą macą. Teraz macę można kupić w sklepie, wtedy dostawało się od Żydów. Smak tej macy był niezapomniany. Były tez cebularze - takie same jak na Furmańskiej, u pana Kuźmiuka, pyszne. Chodziło się też do siebie o tak o - porozmawiać. Moi rodzice się przyjaźnili z państwem Wolińskimi, no i chodzili do nich, to tak pogadał, pogadał, myśmy się tam po kątach gdzieś pobawili z dziećmi państwa Wolińskich, i do domu - dziecko za rękę i do domu. Nie było żadnych przyjęć. Ja przynajmniej nie bywałem na takich przyjęciach sąsiedzkich. No święta - to w rodzinie, do rodziny się chodziło, a tak to nie było takich spotkań towarzyskich, przynajmniej w tej grupie, w jakiej ja się wychowywałem. Moi sąsiedzi na Krawieckiej to byli szewcy, krawcy, tragarze, nosiciele wody, cięli drzewo na kobyłkach. Moi sąsiedzi to byli ludzie żyjący z powietrza, bo on nic nie robił, nic nie miał, a jako tako żył, po żydowsku to się nazywało „luftszanse”. Młodzież to nie bardzo przestrzegała koszerności, jak się wychodziło na podwórko z kawałkiem kiełbasiny, to zawsze było: daj kawałek, daj kawałek. Oni z kolei wynosili macę. I tak się dzieliliśmy. Obchodziliśmy katolickie święta. Żydzi się cieszyli, że mają większy utarg. Ani nie przeszkadzali, ani nie pomagali. Księdza po kolędzie nie pamiętam. Obok nas mieszkał taki bogaty Żyd, nazywany Amerykan, i miał kilka śliwkowych drzewek. I kiedy odmawiał modlitwy, zakładał klocek na głowę i okrywał się płachtą, to my przez płot i na te śliwki. I on tam mówił do mojego ojca: „Panie Stanisławie. Pan jest porządny człowiek. Pani Stasiowa to taka narwana kobita, ale też dobra. Ale ten Bogdański. Już mi nie chodzi o te śliwki, tylko po co on tam wchodzi”. Był zły, bo nie mógł nas gonić, bo nie wolno mu było przerwać pacierza. W 1924 roku moi rodzice mieszkali w Palikijach, gmina Wojciechów. Nie mogli już wyżyć z ziemi, bo została podzielona między rodzinę i szukali w mieście chleba. Zamieszkali tutaj, bo najłatwiej było znaleźć pracę. Żyd każdej pracy się czepiał, ale nigdy nie był rolnikiem, ani dozorcą. Każdym mógł być, ale nie dozorcą. Polacy, jak chcieli mieszkanie to się godzili na dozorstwo. Tutaj nie było żadnego Żyda dozorcy. Ten Amerykan, który miał swój domek, to on tam sam sprzątał, ale dozorcą u kogoś Żyd nigdy w kamienicy nie był. Najbiedniejszy Żyd, ale nie był dozorcą. Tu na Krawieckiej mieszkały 4 rodziny polskie. Wolińscy: on dorożkarz, a ona dozorczyni. Krawiecka 15, taka Kożuchowa była dozorczynią. Żebraków było dużo, ale mało się spotykało żebrzących Żydów. Żebrali Polacy. Żydzi żyli powietrzem. Luftszanse. Nigdzie nie pracował, nigdzie nie robił. Był szewc, był krawiec. Przerobił garnitur, zrobił ze spodni spódnicę i żył. Gmina Żydowska pomagała. Żydzi kłócili się ze sobą bardzo, ale było przysłowie: Popierają się jak Żydzi. To była prawda. Mogliśmy dłużej mieszkać w getcie, gdyby matka zgodziła się zostać dozorczynią, bo Niemcy pozwalali dozorcom pozostać dłużej. Ale mama bała się, że jak zamkną getto, to zamkną i ją z dziećmi. Żydzi namawiali: „Pani Stasiowa, niech pani zostanie, bo wy jesteście jedyną ostoją”, a matka mówiła: „Tak, ja zostanę, wy macie złoto, popieracie się jak Żydzi, a jak zamkną getto, to ja z dziećmi umrę” i nie chciała się zgodzić. Współżycie Żydów z Polakami było bardzo dobre. Matka mówiła, że gdyby jej przyszło nas wychować wśród Polaków, to miałaby o wiele ciężej. Polacy mieli poważanie w żydowskiej dzielnicy. Jak mnie tam jakiś Żyd popchnął, to matka go szpilką - butem otłukła. Sąsiedzi nawet mówili: „Pani Stasiowa to nerwowa kobieta. Pan Stanisław taki porządny człowiek, a pani Stasiowa, oj, to nerwowa”. Mama zdejmowała buta szpilkę i dawała sobie radę. Brakuje mi nieraz tego kolorytu. Po wyzwoleniu, jak znów wrócili do Lublina, to na Lubartowskiej 10 zamieszkały ze trzy rodziny żydowskie. I spośród Polskich chłopaków to ja najbardziej zbliżyłem się do nich. Ciągnęło mnie. Byli brudni, obdarci, a mimo wszystko mieli więcej pieniędzy niż ja. Ich było stać na lody, a mnie nie. Może dlatego, że fundowali mi lody, ciągnęło mnie do nich. Choć nie tylko dlatego. Inni się śmiali ze mnie, że ja zawsze z Żydami. Ale to moje dzieciństwo. Moja mama miała balię, a balia kiedyś to był luksus. Pamiętam kuchnię żydowską. Pamiętam, bo wśród chłopców, dzieci, był taki zwyczaj, że chodziło się „dorabiać do Żydów”. Chodziło się przed sobotą palić w piecach. Bo jak nadchodziła sobota, to już wtedy on nic nie robił. Polacy mu wtedy podpalali w kuchni, pod płytą, bo Szabat był, a jak był Szabat, to on wtedy nic nie robił. Także kuchnia - czuć było cebulą, czosnek, śledzie, no i pejsakówka, dobra wódka żydowska. Wprawdzie ja za mały byłem do wódki, ale starsi zachwycali się tą wódką. Jabłka kiszone czy mrożone były bardzo popularne - nie tylko wśród Żydów. U nas też się kisiło kapustę w dużej beczce i przekładało się jabłkami. Jabłuszka były wspaniałe. Jak się odkrywało beczkę jak już zakisła ta kapusta, to się człowiek tak dogrzebywał, żeby się dogrzebać do tych jabłek. Dzieci żydowskie to były tak wychowywane, że były skryte - nie wynosiły tego co było w domu, od małego się nie uzewnętrzniały, nie były wylewne. Bardziej Polacy opowiadali o plotkach swojego domu, niż dzieci żydowskie. Bawiłem się - miałem tylko kolegów Żydów. Te cztery rodziny polskie - Wolińscy mieszkali chyba pod 27 przy Krawieckiej. Pan Woliński był dorożkarzem, czyli miał stałe źródło dochodu. Był jednym z liczących się. Miał 3 synów - to bawiłem się też z nimi, ale przede wszystkim z dziećmi żydowskimi. Po ulicy brukowanej jeździł wóz na obręczach, drewniane koła z obręczami, sucha chabeta ciągnęła, i Żyd krzyczał: szmelc, szmelc, szmelc, kupię, zamienię, kupię”, no więc myśmy biegli i krzyczeli za nim: „Żydzie, Żydzie, Żydzie!” Więc Żyd „prrrr”, stanął, „no chodźta chłopaki, macie po rybce” - to takie były cukiereczki małe. Sprzedawał Pinii, tutaj miał w naszej kamienicy sodówkę. „Macie po rybce, a jak będę jechał następnego dnia, to krzyczcie jeszcze głośniej, to dostaniecie po dwie”. No więc my następnego dnia znowu: „Żydzie, Żydzie, Żydzie!” „Prrrr”, stanął, po dwie rybki dostaliśmy. No więc teraz mówimy, jak będzie jechał, to się będziemy darli wniebogłosy. No, jedzie Żyd, my krzyczymy jak możemy, zaciął konia batem i pojechał. Na następny dzień - mówimy - jak nie dal rybek, to nie krzyczymy. Mądrość żydowska - nie dał - nie krzyczą, skończyło się krzyczenie na niego.

Latem chodziliśmy się kąpać do Bystrzycy

W dzieciństwie takim miejscem magicznym była dla mnie Góra Farna [zbocze przy Placu po Farze]. Tu się rozgrywały sceny z Dzikiego Zachodu Karola Maya: Winnetou, Skórzana Pończocha... .To było porośnięte wszystko, dzikie. Zresztą za murem zakonu dominikanów to była tajemnica. Tam można było popatrzeć, jak jeden drugiego podsadził na mur, bo tam nikt nie wszedł. Także takie zabawy były podobne. Z sentymentem wciąż jeszcze przychodzę na Górę Farną. Kiedyś jeszcze za młodych lat, to chodziliśmy tam z żoną, popatrzeć na panoramę, już nie Starego Miasta żydowskiego, ale rozbudowanego Lublina. Kiedyś patrząc w prawo czy lewo, to tylko gdzieniegdzie było jakieś światełko w chałupce na Majdanie Tatarskim. To w tej chwili jest dookoła panorama Lublina wspaniała. Z sentymentem przychodziłem na tę górę, chociaż to już nie ta sama góra - i mniejsza jakaś jest i mniej zarośnięta. Już nie utożsamia się z jakimiś kanionami, doliną Słonej Rzeki. Latem chodziliśmy się kąpać do Bystrzycy. To była cała wyprawa. Szło się pod Młyn Krauzego, pod most i tam się kąpaliśmy. Po drugiej stronie było drzewo, które nocą się świeciło. Było już spróchniałe, to się brało to drzewo do domu i patrzyliśmy czy się nocą będzie świecić. Myśmy mówili, że to dlatego się świeci, że tam się dużo ludzi utopiło. Najgłębsze miejsce w Bystrzycy to było i tam się sporo ludzi utopiło, pod tym drzewem. Kocham Lublin. Nie zamieniłbym się na inne miasto. Jeżeli już - to na Gdynię, ale nie chciałem nigdy wyjeżdżać z Lublina. Lubię jeszcze Saski Ogród, chodziłem tam z dziećmi - najpierw jedno, potem drugie, pod to najgrubsze drzewo - pod pomnik i pod obelisk noszący datę założenia ogrodu. To już takie miejsca były, gdzie z dziećmi się chodziło, dzieci chodziły ze swoimi dziećmi.

Bogdan Pazur

Relacja pochodzi z Archiwum Historii Mówionej Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.historiamowiona.tnn.pl oraz ze zbiorów Roberta Kuwałka.