Na Krawieckiej

Na Podwalu to ja miałem tylko kolegów Polaków. Chodziliśmy razem do kina, chodziliśmy pływać, na łące graliśmy w piłkę nożną. Ja byłem z nimi związany nędzą. Wiedziałem, że one nie patrzą się, że to jest Żyd, tylko że one patrzą, że to jest kolega.

Podwórze kamienicy Krawiecka 41- dzieci z przedszkola „Ognisko” wraz z wychowawczyniami, 1932 r., autor nieznany. Źródło: zbiór Symchy Wajsa. Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl

Podwórze kamienicy Krawiecka 41- dzieci z przedszkola „Ognisko” wraz z wychowawczyniami, 1932 r., autor nieznany. Źródło: zbiór Symchy Wajsa. Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl

Urodziłem się w Międzyrzeczu Podlaskim, w 1917 roku, 13 września. Moja matka urodziła się w Zwoleniu, a ojciec w Międzyrzeczu Podlaskim i tam mieszkał z matką, i ja w Międzyrzeczu się urodziłem. Mój brat to się urodził w Lublinie, siostra - nie pamiętam gdzie. Ja miałem pół roku, jak przyjechaliśmy do Lublina, także mnie można liczć, że ja jestem Lublinianinem. Każdy kącik ja tu znam. Do dzisiejszego dnia pamiętam. Rodzina przeniosła się do Lublina, bo ojciec zaczął pracować w garbarni. Ta garbarnia była na Kalinowszczyźnie. Tam wszystkie garbarnie były skoncentrowane. Garbarnie prywatne były - takie domowe garbarnie. To wszystko co ja pamiętam o ojcu, bo ojciec umarł jak miałem 2 lata. Jak żeśmy przyjechali, to ja mieszkałem na Podwalu - Podwale 11. Tam mieszkałem, gdzie szkoła urszulanek - to był pensjonat i szkoła znana w Lublinie. Potem mieszkaliśmy na ulicy Krawieckiej 41, to był tak zwany „dom Krasuckiego” - tam była fabryka - tak zwana „Krasucki” [Fabryka Wyrobów Tytoniowych]. Pamiętam te pudełka nowe. Jeszcze pamiętam jak bawiliśmy się tam jako dzieci. Z tym domem na Podwalu to była historia. Dwa domy były i ogród - jakieś gruszki, jabłka, czereśnie, a od Podwala - łąki. Tam mieszkali lokatorzy różni, byliśmy cztery rodziny biednych, ale było też jakieś 18 - 20 bogatszych rodzin, które mieszkały tam i żyły swoim życiem. Tam mieszkała też stara panna i miała jakieś trzydzieści kotów. Chowała je tam. I tam była też szkoła kanoniczek i siostry zaczęły rozmawiać z tą starą panną i powiedziały jej, żeby zapisała na nie swój dom, że nie będzie musiała nic robić, że one jej dadzą jeść, dadzą jej mieszkanie i to wszystko. I ona nie miała innego wyjścia i podpisała. I ją wyrzucili na strych. I ona mieszkała na strychu z tymi kotami. A one zrobiły gimnazjum kanoniczek dla bogatych panien. To było z pensjonatem, to było na cały rok, one tam spały. Wyrzucili nas z tego domu z Podwala, bo żeśmy nie płacili komornego. Tam kościół na Podwalu na rogu jest, a z tej strony, przed płotem, tam jest szereg kamieniczek. Myśmy mieszkali w suterynie. Była tam też jedna siostra Maria, która ona nas bardzo lubiła i ona powiedziała: „Ty nie musisz płacić.” Ale jak ona umarła, to od razu przyszło, żeby płacić. Wyrzucili nas z tamtego domu. My mieszkaliśmy w piwnicy i dostaliśmy eksmisję. Pamiętam - przyszli ludzie, mocni ludzie. Wzięli to, co myśmy mieli - parę rzeczy - stół i łóżka - co było i to wszystko. Wyprowadzili nas z mieszkania. Małe mieszkanie - cztery na cztery metry, nie było kuchni, nie było niczego. Nas było czworo dzieci małych, matka ledwo, ledwo zarabiała na życie, nie mieliśmy z czego płacić komornego. No to nas wyrzucili. Na Krawiecką 41 sprowadziliśmy się w 1932 roku. Jak Niemcy weszli, to matka miała 38 lat. Brat był najstarszy, siostra była po nim, ja byłem najmłodszy. Było nas czworo, ale jeden umarł. Ja go nawet nie znalem. Najstarszy brat był czapnikiem, robił czapki, miał na imię Froim. Moja siostra [jeszcze przed wojną] wyszła za Polaka. To było coś wielkiego, że wyszła za Polaka. Szwagier mój nazywał się Kielaga i on ją ukrył, przetrzymał w czasie okupacji. On miał czterech braci, to chowali ją. Jeden dzień tu jeden tam. Ludzie donieśli na nią, że ona Żydówka to Niemcy szukali jej. Ale oni ją przetrzymali. Także ukrywała się u nich. I tak przeżyła wojnę. Dom przy Krawieckiej 41 to był dom pusty i kto dostał eksmisję to wprowadzał się tam, złapał sobie pokój i mieszkał. Magistrat polski w ogóle nie wiedział, czy to legalnie, czy nie. Legalnie w ogóle to nie było, bo oni nie chcieli wpuszczać. Tylko tak: albo siłą, albo po cichutku, tak że nikt nie wiedział. Na początku łapali i wyrzucali, ale potem zobaczyli, że przez te łapanki - że każdy łapie sobie coś - jest wielki bałagan, to Gmina Żydowska zaczęła przydzielać niektórym ludziom, którzy naprawdę nie mieli żadnych dochodów i nie byli w stanie płacić komornego, to im przydzielano tam mieszkania. W 1937 roku Zarząd Miejski w Lublinie, to jest Magistrat, ogłosił, że kto tam mieszka na Krawieckiej 41, to niebezpiecznie tam mieszkać, bo dom grozi zawaleniem. Myśmy wiedzieli, że to nie jest prawda, ale przyszła policja i nas wyrzucili. Jeszcze pamiętam - tam była łąka, koło łąki był taki ogród, który stykał się z naszym podwórkiem. Każdy złapał kącik na tej łące i budowali sobie pałatkę taką - szałas - i mieszkał tam, a dom nie zawalił się. Kto miał parę groszy, to opuszczał ten dom. A kto nie miał możliwości, ten zostawał. To myśmy zostali - jakieś osiem rodzin - i tam myśmy mieszkali na tej łące. Potem bez pozwolenia Zarządu Miejskiego weszliśmy z powrotem do tego domu. Dowiedzieliśmy się, że to nie jest prawda, że dom się zawali. Mieliśmy trzy łóżka, stół i krzesło - to był ten cały majątek nasz. Matka z trojgiem dzieci i trzeba było dać jeść, także nie było o tym co mówić, żeby coś kupić. Myśmy mieszkali naprzeciw tego więzienia [na Zamku]. Jak wstałem z łóżka, to tylko spojrzałem na więzienie i już wiedziałem, która godzina - jak widziałem że stoją tam strzelcy już, to wiedziałem, że siódma. Wiedziałem co do minuty akurat. Tam był taki balkon i tam chodzili strażnicy. Tam było w tym domu przedszkole i była kuchnia latem dla koloni. I była jeszcze taka organizacja „Pas Leorchim” - jak ktoś przyjechał do Lublina, był pobożny i on nie miał gdzie jeść, to zrobili tam taką kuchnię. „Pas Leorchim” - to znaczy „przyjęcie dla gości”. To było dla samotnych ludzi, ale przede wszystkim to było dla tych, co przyjechali do Lublina z innego miasta i nie mieli gdzie zjeść w piątek wieczorem i w sobotę, bo sklepy żydowskie były zamknięte, restauracje już zamknięte były, także oni mieli tam kącik, żeby zjeść w piątek wieczór i w sobotę. Tam bożnica była. Po bożnicy jedli kolację i obiad. Tam była kuchnia i była bożnica, i trzy czy cztery pokoje. I co jeszcze - w czasie świąt, jak na przykład na Nowy Rok, to też ten zarząd tego „Pas Leorchim” dawał jedzenie dla więźniów żydowskich na Zamku. Ja byłem młodym chłopakiem, miałem wtedy 14-15 lat, to ja nosiłem to jedzenie tam i byłem też w tych celach, do których dawaliśmy jedzenie dla tych więźniów, żeby mogli zjeść - dla żydowskich więźniów to było. To było koszerne jedzenie. Ten dom na Krawieckiej, to przecież to nie był dom do mieszkania. To była [wcześniej] fabryka. Tam były duże sale i każdy sobie robił przegródkę, i każdy mieszkał osobno. Każda rodzina miała wejście osobne. Fabryka przecież nie robiła małych pokoików, ale jak taki pokój został podzielony przegródkami, to trzy rodziny mogły znaleźć lokum w tym dużym pokoju. W tym domu na Krawieckiej mieszkało jakieś ponad trzydzieści rodzin. Jedno mieszkanie było jak taka hala i z hali robili pięć mieszkań. Robili przegródki z dykty, drzewa, robili drzwi - to jest twoje, a to jest moje. Każdy miał kuchenkę. To nie było prymitywne - to było nędza. To nie można powiedzieć prymitywne, tylko nędza. Każdy, który przyszedł tam, to nie miał żadnej możliwości mieszkać gdzie indziej. Były trzy piętra: parter, pierwsze i drugie piętro. Tam była bieda, na Krawieckiej to była bieda. Mieszkał tam Moszek-Mendel Gewerc, Szajndla Laja Glazer mieszkała tam, Liba Arbetman, Sznajderman, Aron Elzon - to był ojciec mojego kolegi, oni mieli sześcioro dzieci, Jojna Cygielman mieszkał, Judel Jungmann, Rywka Chudy, to pamiętam, nawet wiem gdzie ona mieszkała. Jak była kolonia w czasie wakacji, to tam na Krawieckiej 41 była kuchnia i stamtąd wozili jedzenie dla tych kolonii. Tu była kuchnia i na górze ona mieszkała: troje dzieci i mąż dorożkarz. Icek Nadelsztajn, tragarz, pamiętam, chory. Dozorcą był Lejb Garnek, wysoki taki. Było tam też „Ognisko Związku Kobiet i Dzieci”. Tam była freblówka - dzieci jadły tam śniadanie i obiad. Tam niedaleko była łąka, duża łąka i dzieci się tam bawiły, to niedaleko było - przez podwórko można było przejść na łąki i tam były zabawy. To podwórko też było duże. To były wszystko biedne dzieci, rodzina nie miała możliwości, żeby płacić za normalne przedszkole. To był taki internat dla dzieci z ubogich rodzin i rodzice nie płacili za to nic, bo nie mieli. Na przykład jak było czworo dzieci, to trzeba było płacić, a oni nie mieli skąd płacić. Tam były kobiety, które pracowały tam. Nauczyciele dostawali też od opieki społecznej zapomogę. Ja nieraz nosiłem wodę, pamiętam jak mnie prosili, tam była nauczycielka i prosiła mnie o dwa kubła wody, to też trzeba płacić było za wodę, to ja kradłem wodę, żeby nie zapłacić tych 2 groszy, bo nie dali mi. Niedaleko, na ulicy Wąskiej, ludzie trzymali krowy. I stamtąd ja brałem wodę i nieraz im pomagałem, miałem wtedy 12 lat. Chodziłem na ulicę Wąską po wodę, bo u nas nie było studni. Tam była farma taka mała, to było jakieś 10 krów i oni mieli studnię. I kto chciał wodę, to trzeba było zapłacić 2 grosze za kubeł wody. To ja dla nas to miałem te 2 grosze, ale dla innych to nie miałem. Jak zacząłem pracować, to inaczej było. Jak przechodziło się przez bramę, to przy bramie to była ta freblówka. Brama była w środku. Wchodziło się, to było jakieś 30 metrów ta brama. To była ta freblówka najpierw, a potem było mieszkanie stróża. Freblówka była zaraz koło bramy, potem był stróż - jakieś 10 metrów dalej i tam z lewej strony było takie mieszkanie, gdzie mieszkała jedna kobieta, nie wiem jak się nazywała. Potem, jak się wyszło z bramy od razu, to były schody. To już był główny budynek. Myśmy mieszkali tam na pierwszym piętrze. Były jedne schody drewniane. Tam była też bożnica na piętrze i „Pas Leorchim”. Na trzecim mało mieszkało ludzi. Naszym sąsiadem był Śliwka, a Bojm mieszkał na pierwszym piętrze, tam gdzie była ta bożnica. Jak się wchodziło, to najpierw były schody, potem był balkon i z balkonu schodziło się do sieni. To bożnica była po lewej stronie, potem tam było po prawej stronie mieszkanie, potem było prosto mieszkanie - to Bojm mieszkał tam, z jednej strony Bojm, z drugiej jeszcze ktoś inny - akuszerka jedna. A na drugim piętrze to były duże pokoje. Jak weszliśmy, to z prawej strony, pod bramą, tam była fabryka papierosów, w głębi. Też tam mieszkali ludzie, ale mało, najwięcej mieszkało tutaj. Tam była też organizacja Ha-Szomer Ha-Cair. To był kibuc, do którego chodziły uczyć się pracować bogate dzieci, które nie wiedziały jak pracować. Oni szykowali się do wyjazdu do Palestyny, ale nie mieli pojęcia co to siekiera, to tam uczyli się i tam oni chodzili rąbać drewno. To nie był prawdziwy kibuc, tylko to było zorganizowane jak kibuc, ale to nie był kibuc. To się nazywało po żydowsku: hachszara - przygotowanie. Przygotowanie na nowe życie. To były dzieci w wieku 15-18 lat. Najwięcej było z bogatych rodzin, ale też ze średnich - jak ktoś miał sklepik czy jakąś fabryczkę, dobry krawiec na przykład, szewc który mógł zarobić na życie, kto miał mieszkanie, zaczął budować domy - ten był ze średnich. Ten dom na Krawieckiej został zrujnowany dopiero po 1940 roku. W 1941 roku nie było mnie w Lublinie, a w 1940 roku jeszcze stał. Jak ja wyjechałem, to jeszcze pamiętam - dwie rodziny mieszkały tam. Jedna się nazywała Śliwka, a druga to był Jegier. Śliwka Sara i Fajwel. On był komunistą i uciekł do Rosji wtedy. On był garbaty. On więcej siedział w więzieniu, niż na wolności. Było tam dwie córki i jeden syn. On był kolegą moim i Bojma. Myśmy byli trzej: Śliwka, Joski Bojm i ja - myśmy byli koledzy. Ja szukałem go, dałem ogłoszenie w polskiej gazecie w Warszawie, że szukam tego Śliwkę, ale do dzisiejszego dnia go nie znalazłem. Ale jak dałem to ogłoszenie w 1947 roku, to znalazłem kuzyna z Międzyrzeca - ojca brata syna. Kuzyn się odezwał i jego znalazłem, ale on teraz nie żyje już. Miał na nazwisko Wasąg - tak jak ja. On mieszkał w Miedzyrzeczu do wojny, a jego żona mieszkała w Lubartowie do wojny. Potem oni spotkali się w Rosji. A tam jeszcze mieszkali, ale krótko. Śliwka to był bardzo aktywny komunista, który zajmował się rozpowszechnianiem prasy komunistycznej. Oni wcześniej mieszkali gdzie indziej, ale dostali eksmisję z domu.

W Lublinie mieszkało czterdzieści parę tysięcy Żydów

Ja zacząłem pracować kiedy miałem 11 lat. Ja nosiłem i sprzedawałem abubałe acyj - bubliczki - to było z mąki gryczanej z masłem. Robili to rano, to było takie dobre! Ja nosiłem, sprzedawałem po 10 groszy i zarabiałem. Miałem wtedy 11 lat. Pracowałem też jako stolarz na Krawieckiej, robiłem meble. Pracowałem u Krepla, to było znane nazwisko w Lublinie. On miał siedmioro dzieci. Jeden jego syn - Bejrysz Krepel - mój brat pracował u niego - miał fabrykę swetrów [fabrykę trykotaży], dużą fabrykę i on był Bundowcem. Jeden był mleczarzem, jeden był stolarzem - Gerszon Krepel. Jeden był gazeciarz: Eli. Sprzedawał gazetę „Folk Cajtung” [było to pismo wydawane przez Bund w języku jidysz]. I cztery córki miał. Ja znalem ich jak moją rodzinę. Jak miałem 11 lat to zacząłem uczyć się stolarstwa. On miał swój zakład na Krawieckiej, na dole, ale nie pamiętam jaki numer. To było może Krawiecka 6? To był chyba czwarty dom. Nie! To było z prawej strony, wiec to było nieparzyste, To było jakieś 7 albo 9. Tak, nieparzyste. To się nazywało „Woska Bojnia” [dawniej była tam prawdopodobnie fabryka wosku]. To była Krawiecka i tam był zaułek taki, i wchodziło się tam - i tam mieszkali też bardzo biedne. Ten Gerszon, to on się ożenił z jedną, której ojciec był mleczarzem. I on tam wybudował sobie dom. I ja tam pracowałem. Zacząłem uczyć się u niego gdy miałem 11 i pół roku. Niedaleko musiałem chodzić. Zacząłem pracować, bo ja potrzebowałem gotówki dla rodziny, musiałem utrzymać rodzinę. Ja pamiętam, jak już zacząłem pracować to zarabiałem złotówkę, a potem dwa złote, to ja wykładałem całe pieniądze na stół i matka je zabierała i ja nawet nie wiedziałem, że ona odkładała mi 25 groszy, żebym w sobotę mógł iść do kina, dawała mi na bilet. Ja przychodziłem, widziałem że mam pieniądze i szedłem na kowbojski film. Kino było na ulicy Bernardyńskiej, u Czecha. Najpierw zarabiałem złotówkę, potem dwa złote, a potem zacząłem coraz więcej zarabiać. W 1939 roku to już zarabiałem 11 - 18 złotych tygodniowo. Na początku to nie był zarobek, tylko to był podarunek - bo ja się uczyłem. To był podarunek. Potem zacząłem już trochę się znać. Miałem jedenaście lat, byłem taki mocny, cały dzień pracowałem. A było wówczas przyjęte, że jeśli rodzice chcieli, żeby syn się nauczył krawiectwa czy kuśnierstwa u dobrego fachowca, to jeszcze płacili za naukę, płacili temu majstrowi za to, że przyjął ich syna do roboty i go nauczył. I on się wtedy przykładał. Kiedy mieliśmy 17-18 lat, mieliśmy tyle pieniędzy, żeby można było utrzymać matkę, to już życie było inne. Jak ja miałem jedenaście lat, jak ja zarabiałem złotówkę albo dwa złote, to nic nie mogłem zrobić. Matka musiała pracować, a potem jak już zaczęliśmy pracować, to już było inaczej. W Lublinie mieszkało czterdzieści parę tysięcy Żydów, to mogę powiedzieć, że 70% albo 75% to była bieda. Ojciec pracował, nieraz i matka pracowała. Jak tylko ojciec już pracował gdzieś, to jakoś było - już mogli płacić komorne, dzieci miały buty jakieś, coś można było kupić. A bogatych ludzi było może 25 do 30%. Tak mniej więcej. Ja znałem dużo ludzi, którzy byli bogaci, bo ja pracowałem u nich. Ja znałem na przykład w Lublinie Goldmana, Oksemberga, Feldmana. Dlaczego ja o tym mówię? Bo w Lublinie była bieda. Stolarstwo pracowało tylko osiem miesięcy. Cztery miesiące nie było pracy w ogóle w Lublinie. Ja to dobrze pamiętam. Było dobrze i było źle, jak się mówi - do 12, 14 lat było źle - ja nie miałem nawet butów. Woda weszła i wyszła, śnieg. Nie było możliwości kupić niczego pierwszej potrzeby, nie było pieniędzy. Jak zacząłem już pracować, to zacząłem zarabiać i poszedłem do organizacji, to już życie inaczej wyglądało.

„Jutrznia”, po żydowsku „Morgenstern”

Ja byłem w organizacji, ja byłem też bokserem trochę, grałem w piłkę nożną. Należałem do organizacji sportowej „Jutrznia”, po żydowsku „Morgenstern”. Tam jeszcze Polacy też byli, taki Staszek Kapusta, miał krzywe nogi ale dobry futbolista był, Choina był bokserem. Mój kolega - Natan Elzon - on był dobrym bokserem. Mieszkał na Krawieckiej, śniady był taki, Murzyn [na niego mówili]. On umarł już dwa lub trzy lata temu. Ja znałem dużo Polaków, to koledzy moi byli, bo ja na początku mieszkałem w polskiej dzielnicy - Podwal. To ja tam byłem najwięcej z Polakami. Wszyscy koledzy byli Polakami. Tam był browar na Podwalu [browar Kijoka], no potem spalił się ten browar i potem był na Wesołej, boczna od Bernardyńskiej. To ja pamiętam jak miałem jakieś 5 lat wtedy jak był spalony. Raz z chłopakami z Podwala, z organizacji, poszliśmy nad rzekę Bystrzyca. Tam jako chłopcy biliśmy się. Tam była sadzawka taka i tam robili lód na lato. Tam sadzawka z lodem. Tam po wierzbach chodziliśmy. Tam rąbali ten lód i dawali go do sodówki, żeby woda sodowa była zimna. Rąbali, a potem do sodówki wozili rano - tam robili lody i używali do chłodzenia wody sodowej. Były te banie duże, to stawiali lód dookoła żeby woda była zimna. Raz poszliśmy z kolegami do kina i ja byłem jedynym Żydem. Było jakieś święto polskie. I weszliśmy do kina. Było nas kilku chłopaków, byliśmy razem i ja zapomniałem zdjąć czapkę. To było u Czecha, na Bernardyńskiej, naprzeciw Vettera i to było chyba związane z Kościołem. To pamiętam, że ktoś powiedział do mnie: „Zdejmij czapkę”, ale ja nie usłyszałem, to mi dał w głowę jeden, który siedział tam. A jak moje chłopaki, moi koledzy ci polscy, zobaczyli co się dzieje, co się tam działo... . Na Podwalu to ja miałem tylko kolegów Polaków. Chodziliśmy razem do kina, chodziliśmy pływać, na łące graliśmy w piłkę nożną. Ja byłem z nimi związany nędzą. Wiedziałem, że one nie patrzą się, że to jest Żyd, tylko że one patrzą, że to jest kolega. Ja z nimi żyłem bardzo dobrze. Jak ja przyjechałem do Lublina, już po wojnie, to się dowiedziałem, że wszyscy byli w porządku. Ja byłem, jak to się mówi, byłem w siódmym niebie, że moi koledzy nie sprzedali Żydów za kawałek chleba czy trochę cukru. W dzielnicy żydowskiej Polacy, którzy mieszkali, mówili swobodnie sobie po żydowsku - tak jak ja, a może jeszcze lepiej. Przeklinali. W języku żydowskim są słowa wzięte z języka hebrajskiego i oni te słowa też znali. Byli zżyci. A antysemityzm był organizowany. Jak on był organizowany? Od chwili, kiedy premier Polski - Sławoj Składkowski - powiedział: „Bić Żydów nie, ale bojkot ekonomiczny tak”, to wtedy studenci KUL-u pikietowali żydowskie sklepy: „Nie kupuj u Żyda". To byli endecy, oni rozpowszechniali te antysemickie poczynania. A w ogóle tam gdzie Żydzi żyli z Polakami, to żyli sobie. Mieszkał w żydowskiej dzielnicy jeden Polak, to on grał razem z Żydami w żydowskim klubie „Jutrznia”. I on się czuł jak swój. To nie było, że on był innej wiary, to nie. Inteligencja była inna, ale ci którzy żyli na poziomie średnim, to byli dobre ludzie. Pamiętam, jak się nazywali: Olszewski Stefan, Szczygieł Stefan, Stacho… . Ja nie pamiętam jak on się nazywał, tylko znam jego imię: Stasiek.

Synagoga Maharszalszul

Teraz lubelska dzielnica żydowska nie istnieje. Przecież te ulice, które przylegały do wzgórza, na którym jest Zamek, przecież te ulice nie istnieją: Jateczna, Szeroka, Krawiecka, Nadstawna. Jedna strona Ruskiej przestała istnieć, druga strona istnieje. Teraz już nie istnieje Nadstawna. Istnieje tylko Lubartowska, Grodzka, Kowalska. Na Szewskiej to już zaczęło się, tam więcej Polaków mieszkało. A dzielnica żydowska to: Krawiecka, Sienna, Szeroka, Nadstawna, Ruska, Czwartek, cała Lubartowska. Wszystko Żydzi byli tam. My byliśmy tam do 1939 roku - 42 tysiące Żydów, to było 33% byliśmy. Krawiecka to nie była duża. Potem zaczęła się Sienna. Plac Krawiecki tam był. Były piekarnie na Krawieckiej. Przy Jatecznej była synagoga Maharszalszul - to była główna synagoga, która mogła pomieścić jednorazowo trzy tysiące osób. To było przy ulicy Jatecznej. Ja ją pamiętam dobrze. Co prawda ja tam nie chodziłem się modlić, bo ja się nie modlę. Mój brat miał tam na Jatecznej mieszkanie. Żydzi chcieli zbudować w Lublinie wyższą uczelni talmudyczną, nowoczesną. Bo na ogół studenci, którzy studiowali Talmud, to bogaci ludzie zapraszali ich na dzień, na dwa do siebie do domu. A tutaj ten rabin Szapiro, rabin Meir Szapiro, on powiedział, on musi zbudować coś, żeby studenci, którzy chcą zostać w przyszłości rabinami, żeby mieli ludzkie warunki, tak jak w Europie się dzieje.

W każdej organizacji była biblioteka

Byłem socjalistą, działałem w żydowskim PPS. Ja pamiętam, jak żeśmy poszli na pochód 1 Maja, to żeśmy się bili z tymi endekami, a z polskiego PPS-u nam pomagali. Bo myśmy byli razem. Oni byli socjaliści i my byliśmy socjaliści. To była organizacja. Miałem wtedy jakieś 16-17 lat. Niebieska koszula, czerwony krawat i chorągiew. Mieliśmy pozwolenie, było wolno. Ja byłem w Komitecie w Bundzie. Jak u mnie były zaręczyny w 1939 roku, to było u mnie 250 osób. To było w sali ślubnej. Rodzina, krewni, jeszcze wtedy wszyscy byli. To był niecały rok przed ślubem, albo w czerwcu, albo w lipcu. Tak mniej więcej. Tańce były, sala ślubna. To było na Nadstawnej, koło mostu - Nadstawna 20. Ściana tej sali wychodziła na rzekę. Było 250 osób, bo przyszli wszyscy moi koledzy, wszyscy młodzi z partii Cukunft [z jidysz „Przyszłość”]. To była młoda partia związana z Bundem. Żony ojciec miał trzy dorożki. On sam był dorożkarzem, potem dorobił się i miał pieniądze. Ja zarabiałem wtedy 18 złotych tygodniowo, to ja nie mogłem się dorobić. On dawał na wydatki, wszystko on, bo myśmy nie mieli. Dlaczego to jest dla mnie ważne? To było przeżycie dla mnie - największe przeżycie, że ja mogłem przyjąć 250 osób. W tej organizacji młodzieżowej Bund i w tej organizacji Cukunft - tam, jeśli ktoś z członków robił jakąś bibę, to przychodzili wszyscy, wszyscy członkowie prawie. To komuś innemu mogło się wydawać prawie niemożliwe, bo skąd człowiek z ubogiej rodziny mógł gościć 200 osób, czy 150? Nasza organizacja to był skif, potem jak był starszy, to szedł do Cukunft, a potem z Cukunft szedł do Bundu. Jakby nie było tej organizacji w Lublinie, czy w ogóle w całej Polsce, to wielu młodych ludzi byłoby złodziejami - zeszliby na złą drogę. Wszystko byłoby inaczej. Te organizacje młodzieżowe - syjonistyczne, bundowskie i nawet komunistyczne, one zrobiły swoje. Oni po prostu organizowali tą młodzież, kierowali ją do czytania, żeby zaczęli chodzić do bibliotek. Było dużo bibliotek. W każdej organizacji była biblioteka. I w ogóle zajmowali się działalnością społeczną i to wszystko wpłynęło na to, że jednak na ludzi wyrośli. Przed wojną ja nie chciałem wyjeżdżać, bo ja byłem socjalistą. Ja mówiłem: „Gdzie ja mieszkam, tam ja mam żyć”. To był głos Bundu. Tu się urodziłem, tu jest mój dom, tu jest moja praca, tu jest moja ojczyzna. To był głos jak PPS. Do organizacji Cukunft wstąpiłem jak miałem 17-18 lat. Ja byłem przeciwny temu, żeby uciekać do Palestyny. Nie tylko ja, ale cała organizacja. Ja byłem tak Polakiem, jakim jak każdy inny, tylko wyznania mojżeszowego. Niektórzy wyjeżdżali nielegalnie jeszcze przed wojną 1939 roku. Miałem taką jedną przyjaciółkę, z którą żeśmy kradli jabłka z ogrodu, gdzie mieszkaliśmy. Ja ją wsadzałem na drzewo, my mieszkaliśmy na Podwalu razem. Jej ojciec przygotował jedzenie na wesela, on przygotowywał wszystko, on miał kucharzy i wszystkich kelnerów.

Mosze Wasąg

Relacja pochodzi z Archiwum Historii Mówionej Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.historiamowiona.tnn.pl oraz ze zbiorów Roberta Kuwałka.