I już pierwszego dnia Żydzi usłyszeli słowo: „Jude”

Esesmani rozproszyli się po całym Krakowskim Przedmieściu i jego bocznicach. Szli od kamienicy do kamienicy i wyrzucali Żydów z mieszkań.

Brama Grodzka w czasie funkcjonowania getta, widziana od strony dzielnicy żydowskiej, 1940 r., autor: Max Kirnberger. Fotografia ze strony Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl Oryginał fotografii znajduje się w Deutches Historisches Museum w Berlinie.

Brama Grodzka w czasie funkcjonowania getta, widziana od strony dzielnicy żydowskiej, 1940 r., autor: Max Kirnberger. Fotografia ze strony Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl Oryginał fotografii znajduje się w Deutches Historisches Museum w Berlinie.

Lublin robił wrażenie wielkiego mrowiska, w które ktoś coś wsadził. Wieści nieprawdopodobne, wieści przesadzone krążyły z ust do ust; ludzie uwijali się gorączkowo po ulicach i w klepach, robili zapasy żywności, kompletowali garderobę i uzupełniali apteczki domowe i gorączkowo się uczyli jak się zabezpieczyć przed gazami. Wojna miała być błyskawiczna i gazowa, nie inna tylko gazowa. Radio wciąż mówiło o gazach, one to miały być jedynym niebezpieczeństwem, które nam groziło. I jeszcze jedno. Zapasy żywności należy poczynić na 2 tygodnie. Dlaczego tylko na 2 tygodnie? Czy po upływie tego czasu żywność nam już będzie niepotrzebna, czy też Niemcy już będą pokonani? Dotychczas nie mogę tego zrozumieć. (…) W pierwszych dniach okupacji o niczym się nie myślało i każdy czuł się nerwowo wyczerpany. Odsypiało się noce nieprzespane, porządkowało się garderobę, wyniesioną z piwnic i schronów, i wracano do normalnego trybu dnia powszedniego. 16 września 1939 roku, około godziny 9 ujrzałam po raz pierwszy żołnierzy niemieckich. Zachowywali się spokojnie. Szli od domu do domu, od mieszkania do mieszkania i zatrzymywali każdego napotkanego mężczyznę. Wzięli kilka tysięcy osób (Polaków i Żydów) jako zakładników. I już pierwszego dnia Żydzi usłyszeli słowo: „Jude”. (…) Po ustaleniu granic na Bugu postępowanie Niemców pogarszało się z dnia na dzień. Zatrzymywano przechodzących Żydów i używano do najrozmaitszych robót: do noszenia zakupów, do czyszczenia aut, do ładowania zrabowanych ze sklepów towarów na wozy, do napychania sienników słomą. Mieli charakterystyczny sposób wołania Żydów. Niemiec stawał kilka kroków od upatrzonej ofiary, kiwał palcem i wołał: „Komm, komm Jude”. Ruch i głos zawierały ogrom lekceważenia i niejako groźbę na przyszłość. Tu i ówdzie słyszało się o pobiciu Żyda, o mniejszym lub większym rabunku. Pani H., córka bogatego właściciela domu, miała pięknie urządzone mieszkanie. Przyszli Niemcy, kazali jej po prostu wyjść i sami się wprowadzili. Fakt ten był szeroko omawiany i komentowany i wielu twierdziło, że to jest tylko sporadyczny wypadek. Dzień 9 listopada 1939 roku jest pamiętany dla pozostałych przy życiu mieszkańców Lublina. W tym dniu miała miejsce pierwsza większa akcja wyrzucania z mieszkań. W tym dniu, w 3 lata później, zlikwidowano getto lubelskie. (…) Tego dnia, o godzinie 8 rano przed domem Kenigsberga zaroiło się od mundurów gestapowskich. Stali grupami rozmawiając wesoło i śmiejąc się; odnosiło się wrażenie, że wybierają się na wycieczkę. Miła to była dla Żydów wycieczka! Esesmani rozproszyli się po całym Krakowskim Przedmieściu i jego bocznicach. Szli od kamienicy do kamienicy i wyrzucali Żydów z mieszkań. Zależnie od charakteru lub humoru prześladowcy, właściciel mieszkania otrzymywał od 10 do 30 minut czasu na zapakowanie swoich ruchomości. Co wpadło w oko z droższych rzeczy, to Niemiec zostawiał dla siebie. Panika zapanowała w mieście. Godzina była dosyć wczesna, niejeden jeszcze był w łóżku, kiedy otrzymał rozkaz opuszczenia w ciągu kilku minut swego mieszkania. Z górnej ładniejszej części miasta usunięto tego dnia wszystkich Żydów; musieli się przenieść do krewnych lub znajomych mieszkających w dzielnicy nie objętej jeszcze przesiedleniem. (…) Referentem do spraw żydowskich był niejaki Getzloff. Młody, przystojny człowiek, mówiono o nim, że jest krewnym Hitlera i dlatego sprawuje ten urząd, żeby nie iść na front. Zaświadczenie podpisane przez Getzloffa pomagało nieraz zachować swoje mieszkanie. Żydzi płacili, dużo płacili za te zaświadczenia, które po upływie kilku miesięcy nie miały żadnej wartości, bo Getzloff wyjechał i trzeba się było starać o inny, nowy papierek. (…) Niemcy systematycznie opróżniali sklepy żydowskie, właściciele ich musieli dostarczyć środków transportowych do odwiezienia towarów. 25 października 1939 roku przeprowadzono rejestrację wszystkich Żydów zamieszkałych w Lublinie. Odbyła się ona w gmachu Teatru Miejskiego przy ulicy Narutowicza. W Lublinie znajdowało się wówczas 37 000 Żydów. Na czele stanął Judenrat utworzony przez władze niemieckie. Prezesem został inż. Henryk Bekier, wiceprezesami byli dr Marek Alten, adwokat i Salomon Kostenberg (kupiec). Gestapowcy byli częstymi gośćmi w gmachu Gminy Żydowskiej, która znajdowała się przy ulicy Grodzkiej. Żądali skóry, płótna, materiałów włókienniczych, materiałów piśmiennych, siodeł, butów, lekarstw. Zaczęli pełną garścią czerpać z zasobów Żydów lubelskich. (…) Wyszedł rozkaz kłaniania się Niemcom i wymijania ich na chodniku z prawej strony. I wszyscy lękliwie się kurczyli, gdy na ulicy zjawiał się mundur niemiecki. I to także było pretekstem do bicia. Liczni przedstawiciele „Herrenvolku” wyśmienicie się bawili. Szli powoli ludną ulicą żydowską i uważali, czy każdy im się ukłonił. Nic nie pomagało; jeśli stałeś odwrócony, czy czyjeś plecy zasłaniały przed tobą Niemca, to i tak miałeś się ukłonić, a w przeciwnym razie bito się w twoją zdziwioną czy przestraszoną twarz. Widziałam pewnego dnia jak o zmroku szedł ulicą esesowiec i patrzył uważnie, czy wszyscy mu się kłaniają. Nagle znalazł ofiarę. Skoczył jak tygrys i złapał za pierś nauczyciela Gewertza. Człowiek potulny, skulony przemykał się pod murem i nie zauważył Niemca. Ten niósł go prawie w powietrzu, później zaczął jego głową tłuc o mur. W ciągu jednej chwili wszyscy uciekli i scena ta rozgrywała się na prawie pustej ulicy. Nauczyciel nie krzyczał, ale wystarczyło spojrzeć na jego twarz! Wkrótce padł na ziemię zalany krwią, a sprawca poszedł sobie spokojnie dalej. (…) Wyszedł zakaz używania przez Żydów lokomocji, nie wolno było Żydowi wydalić się na 3 kilometry poza obręb miasta. Nie wolno było korzystać z pomocy aryjskiego lekarza, czy dentysty. Żydowscy lekarze i dentyści nie mogli też leczyć ludności aryjskiej. Niemcy uznawali zawsze jakieś wyjątki. I tak na przykład w Lublinie mieszkał do ostatniej chwili technik dentystyczny Izydor Zajdensznyr w swoim mieszkaniu przy ulicy Wyszyńskiego i leczył wszystkich Niemców. Jeśli im ktoś był potrzebny, chronili go przez długi czas i wykorzystywali dla siebie jego pracę. Mieli uprzywilejowanego krawca Grinwalda, szewca Blanka, na których ludność patrzyła i nieraz sobie myślała: „Przecież Żydzi są im potrzebni, przecież muszą docenić naszą pracę”. Kierownik Arbeitsamtu powiedział wtedy memu mężowi, że jest zdumiony wielką ilością pierwszorzędnych, wykwalifikowanych rzemieślników żydowskich, że polscy Żydzi są produktywni, że kwestie pracy i płacy będą uregulowane zgodnie z zasadami prawnymi. A myśmy wierzyli wszystkiemu, wierzyliśmy w to, co nam mówiono.

Coś wisiało w powietrzu

Coś wisiało w powietrzu! Jeden Niemiec powiedział, że Żydów czeka teraz coś strasznego, inny słyszał od Polaka zatrudnionego w SD, że dzielnicę otoczy się drucianą siatką i wszyscy zostaną skazani na głodową śmierć. Ktoś znów opowiadał, że znajomy kolejarz uprzedził go, żeby się miał na baczności, bo na dworcu szykują wagony do wywiezienia Żydów. Co pewien czas odbywały się nocą obławy. Godzina policyjna była ściśle przez nas przestrzegana, bez koniecznej potrzeby nawet i w dzień nikt nie wychodził na ulicę. Istniał zakaz zbierania się w prywatnych mieszkaniach, trzeba było dobrze uważać, by nie zapłacić więzieniem za sąsiedzką pogawędkę. W każdym domu urządzano schrony i kryjówki, w każdym domu co noc stano na warcie. W nocnej ciszy rozlegał się twardy niemiecki krok na bruku, wszystko się zrywało ze snu i biegło do okien. Są! „Słyszy pani” - szeptał mi nad uchem sąsiad - „jak oni chodzą. Nikt tak nie chodzi jak oni, jak dzikie mocne konie. Wszystko zmiażdżą, wszystko stratują”. Mężczyźni biegli do kryjówki, kobiety i dzieci zostawały. „Wo ist ihr Mann?” - pytał niezmiennie nocny opryszek. Jedna mówiła, że jest wdową, druga, że mąż w niewoli, trzecia, że pracuje na nocnej zmianie, mąż czwartej kobiety leżał w szpitalu itd. itd. (…) 10 minut czasu, bagaż do 25 kg i jazda na plac zborny, pod eskortą, rozumie się. Popłoch był straszny, rodziny od razu poszły w rozsypkę, mężczyzn nie było, matki nie mogły się doliczyć dzieci, bielizna i odzież leżały porozrzucane na schodach i chodnikach. Rwetes, krzyk, płacz, nikt nie wiedział co go czeka. Trzaskanie drzwi, tupot nóg po schodach, wszystko leci z rąk, jakieś części garderoby gdzieś się zapodziały, nie można znaleźć odpowiedniego klucza, a nad tobą stoi Niemiec i woła: „Los, los, schnell!”. Ludzie z tobołami pościeli na plecach są gnani, jak błędne owce z jednej ulicy na drugą, z jednego placu na drugi. Pierze fruwało w powietrzu; porzucone, zgubione koszyki i walizki na wpół otwarte z rozsypanymi dookoła przedmiotami codziennego użytku walają się po chodnikach i jezdni. Zdaje się, że nikt nie jest przy zdrowych zmysłach; ani prześladowcy, ani tym bardziej prześladowani. Z całej zachodniej części dzielnicy żydowskiej, to znaczy z lewej strony Lubartowskiej wraz z przecznicami usunięto Żydów. Mieszkańcy tych ulic zostali wysiedleni po części furmankami, po części zapędzono ich pieszo do małych miasteczek w powiecie lubelskim. Tak było pierwszego dnia. Nikt nie wiedział, jakie ulice jeszcze zostaną objęte przesiedleniem, wszyscy się pakowali, nawet ci, którzy mieszkali w najnędzniejszych zaułkach. Dowiedzieliśmy się później, że Niemcy mieli zamiar usunąć Żydów tylko z zachodniej części dzielnicy, ale ponieważ wiele ludzi wymknęło się, przesiedlenie trwało dwa następne dni i objęło całą dzielnicę żydowską. Padał śnieg z deszczem, marcowy [1941 r.] wiatr hulał po opustoszałych krzywych ulicach getta. Żandarmi szli z domu do domu, wyciągali ludzi z mieszkań i kryjówek i na każdej ulicy zbierano ich w grupy pod strażą jednego Niemca. Wysiedlono prawie samych biedaków, bo każdy zamożniejszy człowiek nabywał za mniejszą lub większą kwotę kartę pracy, dającą mu złudzenie bezpieczeństwa. Żałosny widok przedstawiali ci ludzie w łachmanach, tulący się do murów, siekani deszczem i przenikliwym wiatrem. Wielu z nich później wróciło, ale po ruchomościach nie było już śladu. Niemcy lepsze rzeczy zabierali, a gorsze porąbali i spalili. Sytuacja mieszkaniowa stawała się coraz tragiczniejsza, życie stało się piekłem. (…) Na miejsce wyrzuconych Żydów sprowadzili się Polacy, którzy z kolei musieli swoje mieszkania oddać Niemcom. System wyrzucania w ciągu krótkiego czasu z mieszkań trwał przez cały czas okupacji niemieckiej.

Łapanki

A tak zwane łapanki! Ni stąd ni zowąd zza rogu zjawiało się auto z esesowcami i Ukraińcami w czarnych mundurach, którzy szybko zeskakiwali i dalejże łapać i gnać. Popłoch, krzyk, rwetes, wszyscy się kryją przed prześladowcami. Ci wchodzą do domów, do mieszkań, na strychy, do piwnic i komórek, wyciągają struchlałych Żydów, biją ich i kopią, targają za włosy i brody.

Praca przymusowa

Obowiązywał przymus pracy. Każdy Żyd, czy to kobieta, czy mężczyzna, który ukończył 14-ty rok życia, musiał pracować. Szkół nie było, młodzież musiała iść do pracy, latem w ogrodnictwie, zimą przy rozmaitego rodzaju formacjach wojskowych, SS, SD i Schupo (Schutzpolizei). Judenrat starał się tę sprawę uregulować w ten sposób, że zorganizował oddział Arbeitsamt, który na żądanie dostarczał robotników pod wskazane adresy. Mimo to łapanki odbywały się w ciągu całego dnia, od świtu do nocy. Wehrmacht na własną rękę, SS, SD, SA, każdy podoficer, każdy żołnierz łapał kiedy chciał i kogo chciał do każdej roboty, nie szczędząc obelg, szyderstw i kopniaków. Żydzi lubelscy zamiatali śnieg na ulicach, niejeden antysemita z satysfakcją patrzył na to i zacierał ręce z uciechy. Gmina była alfą i omegą w życiu Żydów, rozrastała się z dnia na dzień i zatrudniała już kilkuset urzędników.

Ida Gliksztajn

Relacja pochodzi z zasobów Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, sygn. 302/91.