Dla Żydów zaczęły się tragiczne dni

Po skończeniu w 1939 roku szkoły powszechnej trafiłam do żydowskiego Gimnazjum Humanistycznego na Niecałej, ale niedługo się tam uczyłam, bo Niemcy zaraz na początku okupacji zamknęli wszystkie żydowskie szkoły.

Targ przy ulicy Świętoduskiej w okresie funkcjonowania getta, 1940 r., autor: Max Kirnberger. Fotografia ze strony Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl Oryginał fotografii znajduje się w Deutches Historisches Museum w Berlinie.

Targ przy ulicy Świętoduskiej w okresie funkcjonowania getta, 1940 r., autor: Max Kirnberger. Fotografia ze strony Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl Oryginał fotografii znajduje się w Deutches Historisches Museum w Berlinie.

W 1939 r. wkroczyli do Lublina Niemcy. Dla Żydów zaczęły się tragiczne dni. Po zamknięciu Gimnazjum siedziałam bezczynnie w domu przez kilka miesięcy. Na ulicach było niebezpiecznie. Hitlerowcy urządzali łapanki na Żydów, wywożąc ich do obozów pracy. Miałam 14 lat w 1941 r. i byłam wyrośnięta, jak na swój wiek, a w tym czasie Niemcy polowali znów na dziewczęta żydowskie, zabierając je do upokarzającej pracy przy myciu podłóg w instytucjach niemieckich, więc też musiałam raczej unikać częstych spacerów po ulicach. W marcu 1940 r. zmarła moja mama. Umarła w Szpitalu Żydowskim na Lubartowskiej na skutek wydawałoby się niewinnej choroby brzucha, ale w tym czasie na skutek nędzy w Szpitalu okazało się, że był to beznadziejny przypadek. Mój dziadek od strony ojca, Beniamin Gewerc był chasydem, zwolennikiem cadyka z Bełżyc i chodził do jego domu modlitwy w Lublinie, tzw. sztiblech. Przy tym był człowiekiem zamożnym. Przed I wojną światową miał fabrykę mosiądzu i skład żelaza na ulicy Furmańskiej. Mimo posiadania ośmiorga dzieci, w jego domu nie odczuwano problemów finansowych, a warto dodać, że każde z jego dzieci było wykształcone. Dwóch wujków było adwokatami, ciotki studiowały na uniwersytecie. Rodzina biedy nie cierpiała. Mieszkali w pięciopokojowym mieszkaniu, a babka, pochodząca z Warszawy, pracowała w sklepie dziadka. Mieszkali w domu Borensztajna, znanym przed wojną budynku, położonym róg Furmańskiej i Cyrulniczej, gdzie dawniej były dwa przejścia, na obydwie ulice. Obecnie można tam wejść tylko od Cyrulniczej. Dziadek, jako chasyd, wcale nie był zadowolony z tego, że jego dzieci mają świeckie wykształcenie, ale to był wpływ mojej babci, osoby nowoczesnej, warszawianki, a przy tym żony pobożnego chasyda, która nie mogąc sama się kształcić, pragnęła dać wykształcenie swoim dzieciom. Mój ojciec, wujkowie, ciotki, kontakt z żydowską tradycją i religią mieli ze względu wyłącznie na dziadka. Udawali przed własnym ojcem, że chodzą do bóżnicy, a na przykład mój wujek potrafił w największy post żydowski, w Yom Kippur [Sądny Dzień], pójść rano do bóżnicy, a potem, po południu siedział ze swoją polską przyjaciółką w kawiarni. Rodzice mojej mamy, Aspisowie mieszkali natomiast na Grodzkiej. Dziadek Aspis, do połowy lat dwudziestych miał duży skład win na rogu Kowalskiej i Nowej, ale w 1924 r. zbankrutował, gdy pooddawał wszystkie długi wierzycielom. Sam był pobożny, ale nie był chasydem, zresztą nie bardzo ich lubił. Chodził do ogólnej synagogi - był ortodoksą, misnagdem. Każde z jego dzieci miało swoje przekonania polityczne, podobnie, jak u dziadków Gewerców. Mój ojciec był zwolennikiem Żabotyńskiego i całego ruchu Betar. Żyjąca do dzisiaj w Izraelu moja ciocia należała do żydowskiego lewicującego harcerstwa - Haszomer Hacair, którego członkowie popierali lewicowy syjonizm. Gdy dowiedział się o tym dziadek, był na nią wściekły. W 1935 r. uciekła z domu wbrew woli dziadka, biorąc fikcyjny ślub z człowiekiem, który miał zezwolenie na wyjazd do Palestyny. Pozostała z nim do końca życia, ale dziadek nie chciał o niej już słyszeć. Kontakt utrzymywała tylko z rodzeństwem i swoją matką. Jej własny ojciec nigdy jej tego nie wybaczył. Brat mojej mamy, Eliasz Aspis, był w latach 30-tych znanym kasjerem w Elektrowni Miejskiej. Stojąc przed własnym domem, odczuwam wielki ból. Żyłam tam razem z rodzicami i rodzeństwem, byłam tam szczęśliwa. Teraz ulica Noworybna jest inna i ludzie też mieszkają tam już inni. Boli mnie, że nie mogę odnaleźć mojej przedwojennej dzielnicy żydowskiej, a to, co po niej pozostało, jest w strasznym stanie. To wrażenie jest bardzo mocne. Moi rodzice byli młodzi i nowocześni. Mieszkaliśmy w domu Kolberga na Noworybnej, a ojciec, będący ekspedientem w firmie dziadka, założył własny interes na ulicy 1-go Maja. Był to również skład żelaza, nazywający się „Żelazo-Łom”. Utrzymywaliśmy się z tego na dobrym poziomie, to znaczy, mieliśmy własną służącą, a na wakacje jeździliśmy do popularnego w tym czasie jako letnisko Nowego Dworu koło Lubartowa. Ojciec dojeżdżał tam do nas na soboty i niedziele. W domu utrzymywało się raczej tradycję żydowską. Była koszerna kuchnia, na piątek paliło się świece, ale ojciec nie był specjalnie religijnym człowiekiem. Ze względu na dziadka chodził w sobotę do bóżnicy, ale już zaraz potem, tego samego dnia biegał po urzędach załatwiać różne sprawy, czego nigdy nie zrobiłby dziadek. W domu zawsze mówiło się po polsku. Ja, dopóki nie przyjechałam do Izraela, nie znałam jidisz, ale nawet teraz rzadko się nim posługuję, bo w domu mówimy po hebrajsku. Mieliśmy polską literaturę, ale były również żydowskie śpiewniki z ludowymi piosenkami Gebirtiga i Kirpisa, ponieważ moja mama bardzo lubiła i umiała pięknie śpiewać po żydowsku. Zresztą życie kulturalne odgrywało u nas bardzo dużą rolę. W soboty wieczorem moi rodzice chodzili do teatru lub do kina. Miałam dwoje rodzeństwa. Ja byłam najstarsza, potem był mój brat Kubuś, który w 1939 r. chodził do syjonistycznej szkoły Tarbut na Niecałej, gdzie uczono częściowo po hebrajsku i najmłodsza siostra, Rachelka, w momencie wybuchu wojny mająca 5 lat. Naukę rozpoczęła dopiero w getcie. Czytać umiałam już w wieku czterech lat. Rok później rodzice zadecydowali, że powinnam pójść do szkoły. Zdałam specjalny egzamin i rozpoczęłam naukę w żeńskiej szkole powszechnej Beth Jakow na Lubartowskiej. To, że trafiłam do tej szkoły, a nie polskiej, państwowej, też było ze względu na dziadka. Szkoła była praktycznie polskojęzyczna, ale z większym nastawieniem na religię żydowską. Uczono tu też języka żydowskiego i nauka nie odbywała się w soboty. Dlatego też nie miałam specjalnie kontaktu z polskimi dziewczętami. Nie miałam polskich koleżanek również na podwórku, bo kamienica, gdzie mieszkaliśmy z rodzicami na Noworybnej była żydowska, podobnie jak dom dziadków Aspisów na Grodzkiej, gdzie często bawiłam się. Za to mój ojciec miał wielu przyjaciół Polaków i to bardzo nam się przydało w czasie wojny. Po skończeniu w 1939 r. szkoły powszechnej trafiłam do żydowskiego Gimnazjum Humanistycznego na Niecałej, ale niedługo się tam uczyłam, bo Niemcy zaraz na początku okupacji zamknęli wszystkie żydowskie szkoły.

Irena Gewerc-Gottlieb

Relacja pochodzi z Archiwum Historii Mówionej Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.historiamowiona.tnn.pl