Oni mieli prawo strzelać bez ostrzeżenia

Z Żydami siłą rzeczy spotykałem się od kiedy zacząłem robić pierwsze kroki, chodzić w mieście, bo to był nieodłączny fragment ulicy, życia ulicy. Ludzie wśród których byli również Żydzi. To się wydawało czymś zupełnie naturalnym. (…) Odmienność objawiła się dopiero w czasie okupacji. Zaczęło się od tego kiedy Żydom kazano nosić, Niemcy kazali nosić gwiazdy…

Zdjęcie wykonane na terenie tzw. psiej górki - na skrzyżowaniu ulic Kowalskiej, Szerokiej, Krawieckiej i wylotu Bramy Grodzkiej. W tle widoczne kamienice ulicy Szerokiej, 1940 r., autor: Max Kirnberger. Fotografia ze strony Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl Oryginał fotografii znajduje się w Deutches Historisches Museum w Berlinie.

Zdjęcie wykonane na terenie tzw. psiej górki - na skrzyżowaniu ulic Kowalskiej, Szerokiej, Krawieckiej i wylotu Bramy Grodzkiej. W tle widoczne kamienice ulicy Szerokiej, 1940 r., autor: Max Kirnberger. Fotografia ze strony Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl Oryginał fotografii znajduje się w Deutches Historisches Museum w Berlinie.

Życie w czasie okupacji było dziwne, jeżeli się patrzy z perspektywy dzisiejszej normalności. Natomiast wówczas ono się wydawało normalne. Człowiek jakoś bardzo łatwo się przystosowuje do pewnych sytuacji, tak, może dziecko mniej odczuwało tą nienormalność, może odczuwało się bardziej w sensie powiedzmy biologicznej czy egzystencjalnej, że na przykład nie było białego pieczywa, którego mi brakowało, do którego byłem przyzwyczajony na śniadanie. Było tylko ciemne pieczywo, razowe, ponieważ nie wolno było dla Polaków piec białego pieczywa z pszennej mąki. Więc skończyły się chrupiące bułeczki na śniadanie. Kartki i to wydzielanie - szklanka cukru na miesiąc na osobę. A to jeszcze były czasy, kiedy uważało się, że cukier to jest podstawa zdrowia dziecka. I wszystko na kartki - wędlina, mięso na kartki, wszystko co potrzebne do życia - na kartki. To co już potem sobie uświadomiłem - może dlatego później, ponieważ ja przed wojną, jako dziecko, nie korzystałem, powiedzmy, nie czytałem, nie chodziłem do biblioteki, nie pożyczałem książek, nie chodziłem do kina, nie chodziłem do teatru, to było życie bez prasy polskiej, bo była tylko prasa gadzinowa. Bez nowych książek, bez kina, bez teatru, bez jakiegoś życia zorganizowanego, poza życiem towarzyskim prywatnym. Natomiast żadnego harcerstwa, czy żadnego Polskiego Czerwonego Krzyża, czy jakichkolwiek organizacji, które normalnie są w szkołach... . Było tylko jakieś własne organizowanie sobie życia. Życie wyznaczane ramami godziny policyjnej. Ja dokładnie nie pamiętam, ale w każdym razie wiem, że ta godzina policyjna to była chyba od 20.00, tak mi się wydaje, a rano - chyba do 6.00. Od 20 do 6. Tak mi się wydaje, a więc ten pośpiech żeby wrócić do domu przed godziną policyjną. Pamiętam, potem już chodziłem do szkoły do siódemki, to jest tutaj na Narutowicza, naprzeciwko Muzeum, naprzeciwko Biblioteki Łopacińskiego, gdzie jest ta brama przechodnia. I pamiętam - po południu mieliśmy lekcje, bo lekcje były na zmiany, bo Niemcy coraz bardziej ścieśniali szkoły, zabierali lokale i to kilka szkół uczyło się w jednym lokalu, w jednym budynku czy w jednych salach. I wtedy tam po południu chodziłem do szkoły tam i w pewnej chwili nauczycielka, która prowadziła lekcje wygląda przez okno i mówi - to już była ostania lekcja - nie wychodźcie, bo jest łapanka na Narutowicza. No i była kwestia czy my zdążymy przed godziną policyjną do domu. Kiedy ta łapanka się skończy, czy my całą noc spędzimy tutaj w szkole… . Oni mieli prawo strzelać bez ostrzeżenia w czasie godziny policyjnej. Potem pamiętam taki moment - mięso było oczywiście bardzo wydzielane, na kartki, natomiast bez ograniczeń można było kupować koninę. Na ulicy Konopnickiej, jak się skręci z Narutowicza, po lewej stronie zaraz były takie drewniane zabudowania, firma „Edward Jurochnik - Jatka Końska”. To był Ukrainiec, który volkslistę podpisał i tam można było kupić koninę i pamiętam, że moi bracia starsi, jak tam na którego wypadł dyżur, czekali do tej godziny policyjnej, żeby można było wyjść z domu i biegiem - pod „Końską jatkę” na ulicę Konopnicką. No czasem to jedzenie, to było rzeczywiście trudne do zjedzenia, ale czasem to było znakomite. Wtedy mówiliśmy, że to na pewno był jakiś koń generalski. Rosół na takiej koninie, zresztą konina jest dobra, jeżeli oczywiście jest nie ze spracowanego konia. Życie towarzyskie było wyznaczane godziną policyjną. Życie towarzyskie toczyło się normalnie - ludzie spotykali się na kartach, ludzie młodzi spotykali się na tańcach, tak, spotykali się w domach, chodzili do kawiarni, czy do restauracji, ale trzeba było rozstać się, żeby zdążyć przed godziną policyjną. Zwłaszcza, że telefonów było bardzo niewiele i nie można było zadzwonić - dziś nie przyjdę do domu, prawda, nie niepokójcie się tak, bo jeżeli ktoś nie wrócił przed godziną policyjną, no to... . Bo człowiek jednocześnie w tej całej niby-normalności - człowiek wychodząc nie wiedział czy wróci do domu, czy na przykład żegnając rodziców, kiedy rodzice wychodzili czy bracia, nie było można być pewnym, że oni wrócą tego dnia. Można było mieć tylko nadzieję, że wrócą. Ale jednak mimo to życie toczyło się normalnie. To nikogo nie powstrzymywało przed tym żeby nie wyjść na miasto. W każdej chwili przecież mogła być łapanka, one były znienacka - można było być zupełnie przypadkowo zatrzymanym. Nawet małe dzieci mogły być zatrzymane. Zwłaszcza, że dzieciom przychodziły czasem głupie pomysły do głowy - no wejść tam gdzie nie wolno, z ciekawości po prostu.

Niemcy nakazali Żydom nosić gwiazdy

Wybuch wojny zniszczył pewien świat, w każdym razie u nas w rodzinie zburzył ten świat, który był przed wojną. Sam początek okupacji… . To był rok 1940, kiedy Niemcy nakazali Żydom nosić gwiazdy - to było pierwszym jakimś takim urzędowo narzuconym, że ci ludzie muszą się wyróżniać. I drugie, to już takie szokujący zupełnie dla dziecka moment - ja chodziłem wtedy do szkoły, która mieściła się w domu strażackim na ulicy Strażackiej. To była dziewiątka, pani Gieysztorówna, stryjenka profesora Gieysztora była kierowniczką tej szkoły. [Jak się szło do szkoły] przechodziło się tutaj gdzie jest teraz komenda policji - to był pusty plac, tzw. Plac Sokoła. Idąc do szkoły, ktoś zawołał: „Chodźmy - zobaczymy zabitych Żydów”. I poniżej muru cmentarnego był wykopany dół i w tym dole leżało dwóch Żydów i to był ten właśnie szok, że Żyd, to jest ktoś, kogo można ot tak zabić… . Ja wtedy w ogóle pierwszy raz w życiu zobaczyłem nieżywego człowieka. Bo ja sobie tego w ogóle nie wyobrażałem, że człowieka, który jest na ulicy, można zabić. Zabija się na wojnie, bandyta zabija, to było w świadomości dziecka, ale że o tak człowieka można zabić, właśnie Żyda... . Ale potem widziało się kolumny Żydów idących. Ponieważ na ulicy Lipowej to były warsztaty, w których pracowali Żydzi. To był taki mały obóz, ale to były przede wszystkim warsztaty. Pracowali dla Niemców - szewcy, krawcy… . Ci Żydzi mieli nadzieję, że oni przetrwają wojnę dzięki temu, że są potrzebni Niemcom. Ale część z nich, że tak powiem, nocowała na Majdanku, bo bardzo często widziało się takie kolumny Żydów idące tam z Lipowej, przez Piłsudskiego w stronę Majdanka, śpiewające często. Nie pamiętam czy oni szli piątkami czy szóstkami, po prostu zwarta grupa ludzi, mężczyzn - bo to byli mężczyźni. Była eskorta niemiecka z karabinami gotowymi do strzału na wypadek gdyby ktoś chciał uciekać. I pamiętam jeszcze jeden taki epizod - w roku 1940, Niemcy zajęli ten budynek na Strażackiej gdzie była szkoła i naszą szkołę dziewiątkę przeniesiono do kamienicy na rogu Okopowej i Orlej. I Wobec tego, większość młodzieży to była z Rur w tej dziewiątce, to myśmy chodzili ulicą Narutowicza, potem Szopena, Konopnicką, do Orlej i do szkoły. I na tym odcinku między Konopnicką a Narutowicza, Żydzi robili na chodniku jakieś wykopy. Chodnik był rozkopany, pamiętam - przechodziło się jezdnią - pod jakieś instalacje robili wykopy ci Żydzi, a na ulicy Orlej, tu w pobliżu Konopnickiej była piekarnia Grygów. I jak myśmy wracali ze szkoły, wstępowaliśmy do tej piekarni, Grygowa nam dawała chleb i myśmy tym Żydom rzucali tam na Szopena. Jakoś potem, jak sobie to przypominałem - taka refleksja przyszła, że ta niemiecka eskorta nie reagowała na to. Nie zabraniała, tak że żadne nieszczęście nikogo z nas nie spotkało. I sobie tutaj zapamiętałem właśnie Grygów z tego, o której działalności zresztą potem Grygów dowiedziałem się już po wojnie. Właśnie zwłaszcza Grygowej.

Chałat, broda, język

Z Żydami siłą rzeczy spotykałem się od kiedy zacząłem robić pierwsze kroki, chodzić w mieście, bo to był nieodłączny fragment ulicy, życia ulicy. Ludzie wśród których byli również Żydzi. To się wydawało czymś zupełnie naturalnym. Ale miałem świadomość, że to są inni ludzie, że Żydzi się różnią od „nie-Żydów” - chałat, broda, język. Rozumiałem, że to są inni ludzie, choćby dlatego, że się ich nie rozumie, jak idą i rozmawiają ze sobą ulicą. Natomiast to, że oni są w mieście to było czymś zupełnie naturalnym. Ktoś kto wzrastał razem z tym to nie uważał, że to jest coś nadzwyczajnego. To dopiero zaczęło być widać… . Ta odmienność objawiła się dopiero w czasie okupacji. Zaczęło się od tego kiedy Żydom kazano nosić, Niemcy kazali nosić gwiazdy…

Mieczysław Kurzątkowski

Relacja pochodzi z Archiwum Historii Mówionej Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.historiamowiona.tnn.pl