Dzieci w getcie

Przy ulicy Szerokiej, natrafiliśmy na koszmarny obraz. W pokoju cztery na cztery metry (…) prycze z nieheblowanych zbitych ze sobą desek. Na jednej z nich leżał nieboszczyk, który od kilku dni czekał na pogrzeb, na drugiej pryczy - chory, bliski agonii.

Kolejka po wodę, 1940 r., autor: Max Kirnberger. Fotografia ze strony Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl Oryginał fotografii znajduje się w Deutches Historisches Museum w Berlinie.

Kolejka po wodę, 1940 r., autor: Max Kirnberger. Fotografia ze strony Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl Oryginał fotografii znajduje się w Deutches Historisches Museum w Berlinie.

Późną jesienią 1941 roku zaczęły się pokazywać podczas wielkich zimnych deszczów na wpół bose dzieci otulone szmatami, ze smutnymi twarzami, z wyciągniętymi opuchniętymi rękami, żebrząc o kawałek chleba lub ugotowany kartofel. Więcej szczęścia od innych dzieci miała dziewczynka lat około 10 pochodząca z rodziny żydowskiej przybyłej do Lublina, która przez cały dzień stała przy bramie od ulicy Grodzkiej (głównej arterii getta) i swym miłym głosikiem zwracała uwagę przechodniów. Ona na pewno ze swych zarobków utrzymywała całą rodzinę. Nie wszystkie dzieci miały takie „szczęście”. Specjalna kuchnia zorganizowana przy ulicy Cyruliczej w niewielkim tylko stopniu mogła załagodzić biedę. Zimą 1941 - 1942 sytuacja stała się jeszcze gorsza. Nie było w getcie czym opalać mieszkania. W imieniu Żydowskiej Samopomocy Społecznej poszedłem wówczas z moją koleżanką, nauczycielką gimnazjum panią Szyldkrojt-Madelsberg odwiedzić różne domy w getcie, znaleźć najbardziej potrzebujących i udzielić im niezwłocznej pomocy w formie skromnych porcji żywnościowych. (…) Weszliśmy według podanego adresu do mieszkania na ulicy Krawieckiej. Miała tam mieszkać rodzina składająca się z czterech osób, rodziców i dwojga dzieci. Ku naszemu zdumieniu nikogo nie zastaliśmy. Pokój był prawie pusty. W kącie stał stół z połamanymi stołkami, a po drugiej stronie dwa żelazne łóżeczka. W pokoju panował straszny chłód. Kiedyśmy już wychodzili to powoli spod sienników wysunęli się dwaj przestraszeni chłopcy w wieku 10 i 12 lat. Na nasze pytanie, gdzie są rodzice, powiedzieli nam, że matka zmarła na tyfus plamisty, a ojciec jeszcze przed kilkoma tygodniami wyszedł szukać żywności na wsi i więcej nie wrócił. (…) Z powodu zimna schowali się między siennikami, a kiedy usłyszeli, że ktoś otwiera drzwi, ukryli się głębiej. Bali się Niemców i dopiero, gdy usłyszeli, że rozmawiamy w jidysz wyszli. W innym miejscu, przy ulicy Szerokiej, natrafiliśmy na koszmarny obraz. W pokoju cztery na cztery metry, który oddzielony był od podobnych ścianką z cienkich desek, stały po obu stronach prycze z nieheblowanych zbitych ze sobą desek. Na jednej z nich leżał nieboszczyk, który od kilku dni czekał na pogrzeb, na drugiej pryczy - chory, bliski agonii. Przy skrzyni siedział człowiek cień, obok niego wychudzony chłopiec około 14 lat. Obaj jedli trochę zupy, jedyny posiłek w ciągu całego dnia, przyniesiony przez chłopca z kuchni [dobroczynnej]. W izbie panował smutny, apatyczny nastrój, w którym granice między życiem a śmiercią zacierały się. Śmiertelna cisza od czasu do czasu przerywana była słabym jękiem chorego.

Nachman Korn

Tadeusz Radzik, „Zagłada lubelskiego getta”, Lublin 2007, s. 54-55.