Mnie i żonę też wyrzucili z mieszkania

Był jeden SS-owiec, Żydzi nazywali go »der Schiesser«, który kontrolował Żydów wchodzących i wychodzących [z getta]. (…) Gdy znalazł coś, co wynosili do miasta na sprzedaż lub coś przynieśli z miasta do jedzenia, kładł winowajcę trupem na miejscu.

Ulica Szeroka w okresie funkcjonowania getta, 1940 r., autor: Max Kirnberger. Fotografia ze strony Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl Oryginał fotografii znajduje się w Deutches Historisches Museum w Berlinie.

Ulica Szeroka w okresie funkcjonowania getta, 1940 r., autor: Max Kirnberger. Fotografia ze strony Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl Oryginał fotografii znajduje się w Deutches Historisches Museum w Berlinie.

Do Lublina wkroczyli Niemcy 18 września 1939 roku. Na początku był tylko Wehrmacht. Obiecywał nam Żydom: „Poczekajcie, aż przyjdzie gestapo, a wtedy zobaczycie”. W listopadzie przyszło gestapo. 14 listopada wyrzucono wszystkich Żydów z mieszkań, zajmowanych w centrum, nie pozwalając im niczego zabrać, nawet garderobę trzeba było pozostawić na miejscu i usunąć się w ciągu 2-3 minut. Mnie i żonę też wyrzucili z mieszkania, nie pozwalając niczego zabrać. Tego samego miesiąca wezwano pewnego dnia obwieszczeniami, wszystkich Żydów, od lat 18 do stawienia się o godzinie 8 rano przy ulicy Lipowej. Prawie wszyscy Żydzi stawili się. Gnano nas i urządzano z nami biegi dla zbadania „sprawności fizycznej”, bijąc przy tym niemiłosiernie pejczami i grubymi kijami. Akcje te przeprowadzali tzw. „czarni”, SS-owcy w czarnych mundurach. Kto się spóźnił chociażby o kilka minut rano przy przyjściu, był katowany i bity do krwi. Wtedy zetknęliśmy się pierwszy raz z brutalnością gestapo. Ofiary spóźnienia okrwawione i pobite do nieprzytomności były dla nas przepowiednią tego, co nas czekało. O godzinie 2 przyszedł jakiś dygnitarz SS, który kazał nam się ustawić wedle zawodów. Część ludzi zatrzymali. Niektórym rzemieślnikom nakazali stawiać się codziennie do pracy. Od tego dnia Żydzi - rzemieślnicy musieli pracować dla Niemców, a w jakiś czas później wszyscy Żydzi od lat 16 do 60 byli rejestrowani przez Judenrat i zmuszani do pracy. Dawna gmina żydowska została przekształcona w „Judenrat”. Prezesem był adwokat dr Alten, wiceprezesem inż. Bekker, prócz nich - 22 radnych. (…) Judenrat ustalił z gestapo i częściowo uregulował ilość potrzebnych robotników - Żydów, których codziennie dostarczał. Niezależnie od tego Niemcy stale łapali do roboty. Ja siedziałem w domu i nie wychodziłem na ulicę, by się nie dostać w ręce Niemców, a że przeprowadziłem się na ulicę, gdzie było bardzo mało Żydów, więc po domach nie szukali. W grudniu wyszedł rozkaz noszenia odznaki w formie żółtej sześcioramiennej gwiazdy, noszonej po lewej stronie, na piersiach. Ja nie nosiłem tej odznaki bo nie pokazywałem się wcale na mieście. Łapanki i grabieże były na porządku dziennym. W lutym zamieniono nam gwiazdy na opaski białe z gwiazdą Dawida, noszone na prawym ramieniu. Wczesną wiosną rozpoczęła się łapanka do pracy przymusowej, w obozach poza Lublinem, w Bełżcu i w miejscowości Lipsko (która należała do Bełżca). Komendantem tego obozu był Rolf, zwierz w ludzkim ciele, który znęcał się nieludzko nad tymi ludźmi. Wysoki, barczysty blondyn, zajmował podobno piąte miejsce partii w hitlerowskiej. Potrafił papierosem wypalić dziurę w twarzy, miał psa, którego szczuł na ludzi, w ogóle wymyślał najgorsze tortury. Gmina wysyłała paczki, dostarczane przez rodzinę do tych obozów, a ludzie ginęli tam jak muchy. Później były łapanki do obozu na „Flugplatz”. Zaraz na początku [wojny] powstał w Lublinie obóz na Lipowej. Z początku więzieni tam byli jeńcy wojenni, żołnierze polscy - Żydzi. Było ich około 3000. Później pracowali tam rzemieślnicy: szewcy, krawcy, stolarze itd., którzy jednak spali w domu. Praca trwała bez przerwy, 24 godziny na dwie zmiany. Był tam bunkier, w którym często zamykano i bito Żydów przyprowadzanych z miasta, a później [ich] wypuszczano. W grudniu [19]40 roku wyszedł zakaz dla Żydów chodzenia po Krakowskim Przedmieściu, tylko niektórzy zatrudnieni w SS mieli pozwolenie na to, także członkowie Judenratu. W tym czasie przywieziono wysiedlonych Żydów z części Polski przyłączonej do Rzeszy, dosłownie z Kalisza i Sieradza. 10 marca 1941 roku rozpoczęło się „wysiedlenie” Żydów, które trwało do 14 marca, do dwunastej godziny w południe. SS i żandarmeria otoczyły dzielnicami domy zamieszkałe przez Żydów i zabierali wszystkich bez wyjątku, bez względu na płeć i lata, za wyjątkiem [członków] Judenratu z rodzinami oraz pracujących stale u Niemców i mogących się wylegitymować „odpowiednim zaświadczeniem” pracy. Ja miałem fikcyjną kartę pracy i w ten sposób się uchowałem. Po wysiedleniu dzielnica żydowska została mocno ścieśniona. Teraz mieszkali Żydzi po prawej stronie Lubartowskiej z jej przecznicami po tejże stronie od Kowalskiej, której lewa strona należała do dzielnicy. Żydów zabranych w akcji wysłano wagonami towarowymi oraz furmankami w okolice Lublina (…) Rejowiec, Siedliszcze, Chodel, Piaski Luterskie. Najgorzej było tym, których wysłano do Sosnowiec koło Parczewa. Wziąć nie wolno było niczego. Jeżeli komuś udało się coś wywieźć z domu to zabierano mu na furmankach lub w pociągu. Jeszcze przed wysiedleniem przywieziono do Lublina, w zamkniętych wagonach dzieci żydowskie ze Szczecina. Część przyjechała już zamarznięta na śmierć i od razu zawieziono je na cmentarz. Resztę ulokowano w szpitalu, gdzie udzielono im doraźnej pomocy. Wśród tych dzieci znajdowała się siedmioletnia dziewczynka, której odcięto u rąk i u nóg łącznie 15 palców. Tylko dzięki pieczołowitej opiece lekarzy, udało się ją utrzymać przy życiu. Pewnego dnia Niemcy ogłosili lekarzom, że przybędzie Komisja Międzynarodowego Czerwonego Krzyża ze Szwecji i Szwajcarii i zabronili komukolwiek pisnąć słówkiem, skąd chorzy się tu wzięli. Komisja przyszła i zatrzymała się przy łóżku dziewczynki, której wskutek odmrożenia, amputowano palce. Opowiedziała wszystko o tym, skąd przybyła i co przeżyła w czasie wysiedlenia. Dyrektor szpitala miał z tego powodu wiele przykrości. Jednak skutek starań Czerwonego Krzyża dziewczynkę oddano rodzicom zamieszkałym w Niemczech.

Wychodziło się na miasto tą bramą przy ulicy Kowalskiej

Żona moja została też wysiedlona do Rejowca. Wysłałem znajomego Polaka po nią, który przywiózł ją z powrotem. Wystarałem się dla niej o kartę pracy. Dzielnicę żydowską otoczono drutami kolczastymi i wychodziło się na miasto tą bramą przy ulicy Kowalskiej. Bramy i drutów pilnowali Ukraińcy, od czasu do czasu patrolowali ich SS-owcy. Był jeden SS-owiec, Żydzi nazywali go „der Schiesser”, który kontrolował Żydów wchodzących i wychodzących [z getta]. Rozbierał ich często do naga. Gdy znalazł coś, co wynosili do miasta na sprzedaż, lub coś przynieśli z miasta do jedzenia, kładł winowajcę trupem na miejscu. Wychodzić mogli tylko pracujący na mieście u Niemców.

Henryk Goldwag

Relacja pochodzi z zasobów Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, sygn. 301/1290.