Ciągle były nowe łapanki

Nowe getto, Majdan Tatarski, zostało usytuowane na przedmieściach Lublina, niedaleko Majdanka. Zanim przeniesiono tam Żydów, teren został otoczony podwójnym rowem i drutem kolczastym. Gdy pojawili się Żydzi, granice zaczęli patrolować strażnicy.

Mieszkańcy lubelskiego getta, 1940 r., autor: Max Kirnberger. Fotografia ze strony Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl Oryginał fotografii znajduje się w Deutches Historisches Museum w Berlinie.

Mieszkańcy lubelskiego getta, 1940 r., autor: Max Kirnberger. Fotografia ze strony Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl Oryginał fotografii znajduje się w Deutches Historisches Museum w Berlinie.

(…) Ciągle były nowe łapanki i liczba Żydów stale się kurczyła. Ale my woleliśmy myśleć, że to jest ostatni raz, i wmawiać sobie, że reszty z nas to już nie dotknie. Niemcy rozbudzali takie nadzieje, po każdej akcji - jak to nazywali „Aktion” - zapewniali Żydów, że będą mogli żyć w spokoju i tak, jak przywykli. I Życie toczyło się nadal. Aż pewnego wieczoru mama wróciła z pracy do głębi poruszona. „Jesteśmy zgubieni. Jesteśmy zgubieni” - nie mogła wykrztusić nic więcej. Kiedy się trochę uspokoiła, dowiedzieliśmy się, że żona niemieckiego urzędnika powiedziała jej, że nie może już mamy u siebie zatrudniać. Niemka płakała, wyjaśniając mamie dlaczego. „Dziś - powiedziała - wszystkich Żydów zbudzą w środku nocy. Większość deportują, a pozostali zostaną przesiedleni do specjalnej strefy na przedmieściach Lublina, z której ewakuowano Polaków. Żydom nie będzie wolno pracować w prywatnych domach. Jak sobie poradzę bez ciebie z prowadzeniem domu?”. Po chwili zastanowienia dodała: „Wierz mi, deportacja jest zła. Musisz się ratować”. I tym razem nasi sąsiedzi nie chcieli wierzyć w przekazane przez mamę wiadomości. Uważali, że jak zwykle przesadza. Musieliśmy działać szybko, bo robiło się późno. Większość krótkich rozmów między rodzicami była dla mnie niezrozumiała. Ale nie było czasu na wyjaśnianie. Wzięliśmy najbardziej wartościowe rzeczy i udaliśmy się szybko do fabryki. Niemiecki komisarz przyjął nas grzecznie i okazał życzliwość. Wysłuchał ojca i nie zadawał żadnych pytań. Chciał nam pomóc. „Zrobię co w mojej mocy, aby was chronić - powiedział - nie bójcie się. Zalegalizuję wasz pobyt. Od dziś to będzie wasz dom”. Zaprowadził nas do nieużywanej części fabryki. Na pierwszym piętrze znajdowało się tam ogromne pomieszczenie, które mogło mieć pięćdziesiąt metrów długości i dziesięć szerokości. Chyba ze dwadzieścia jego okien wychodziło na ulicę. Rozmiary pomieszczenia i jego puste ściany były tak niesamowite, że z wrażenia przytuliłam się do mamy. Wtedy zobaczyłam, że ojciec podaje komisarzowi woreczek, w którym znajdowało się złoto i kosztowności. „Mam nadzieję, że przetrzyma pan to dla nas. U pana będą na pewno bezpieczne”. Niemiec był zdziwiony, ale i zadowolony. „Będą u mnie bezpieczne i w każdej chwili może je pan ode mnie odebrać”. Chociaż wiedziałam, iż komisarz bardzo różni się od Niemców, których widziałam lub o których słyszałam, byłam zdziwiona tym, co się stało. Czy ojciec postępuje słusznie, ufając temu człowiekowi? To pytanie dręczyło mnie bez przerwy, ale oczywiście nic nie powiedziałam. Tego samego wieczoru polski dozorca pomógł nam przenieść się do nowego miejsca. Łóżka, szafa, piecyk i dwie skrzynki, które służyły nam za siedzenia, stanęły na rogu pokoju. Przeprowadzka z zatłoczonego pokoju do tej ogromnej hali spadła na nas jak grom. Prawie nie rozmawialiśmy. W nocy nikt nie spał dobrze. Wierciłam się, kręciłam, żywiąc nadzieję że tej nocy nie będzie żadnych akcji przeciwko Żydom i że rano będziemy mogli opuścić to ogromne, puste i nieprzyjazne pomieszczenie. Niestety, wszystko to, co powiedziała mamie jej pracodawczyni, okazało się prawdą. Rano przyszedł były wspólnik ojca z pierwszymi informacjami o czystce. W nocy oddziały SS urządziły obławę na ludność żydowską, która obecnie zamieszkiwała w niewielkiej części miasta. Wszystkim kazano opuścić mieszkania i zejść na podwórka. Zgodnie z ustaloną już praktyką, chorych lub zbyt słabych, by się poruszać samodzielnie, zabijano na miejscu. Pozostałych podzielono na dwie grupy. Na nic się zdały papiery, a prośby rodzin, by ich nie rozdzielano, nie odniosły żadnego skutku. Podczas selekcji wiele osób - mężczyzn, kobiet i dzieci - bito bestialsko, a tych, którzy upadli, rozstrzeliwano. Spośród dwóch pozostawionych przy życiu grup, większą stanowili ranni, którym udało się ustać na własnych nogach, kobiety z dziećmi, starsi mężczyźni i kobiety oraz nieliczni młodzi mężczyźni. Zostali oni przeznaczeni do wywiezienia. W drugiej grupie znalazły się młode osoby o zdrowym wyglądzie, więcej mężczyzn niż kobiet, i bardzo niewiele dzieci. Zostali oni skierowani na teren nowego getta w robotniczej dzielnicy i nazwie Majdan Tatarski. Kiedy zaczęły do nas docierać bardziej szczegółowe informacje, dowiedzieliśmy się, że Ciućka z całą rodziną znalazła się w getcie. Dowiedzieliśmy się także, że wśród wywiezionych znalazły się dwie rodziny, z którymi mieszkaliśmy wspólnie w naszym ciasnym mieszkaniu. Jak na ironię byli to ci, którzy najbardziej sceptycznie odnieśli się do przerażających informacji przyniesionych przez mamę. Najmocniej jednak wstrząsnęła nami wiadomość o bracie mamy, Józefie, który także zaginął bez śladu. Zaczęły do nas docierać różne pogłoski o tym, co się z nim stało. Niektóre były zupełnie niedorzeczne, ale inne na tyle prawdopodobne, żeby nas przerazić. Nie chcieliśmy w nie wierzyć. Mama często płakała, ale nie dopuszczała do siebie myśli, że Józef zaginął na zawsze. Pewnego popołudnia, niecały tydzień po tym, jak dowiedzieliśmy się o zniknięciu Józefa, siedzieliśmy wszyscy stłoczeni w rogu naszego wielkiego pokoju. W pewnym momencie usłyszeliśmy, że ktoś z wahaniem zbliża się do naszych drzwi. Po chwili drzwi uchyliły się i stanął w nich wysoki, nieogolony mężczyzna w brudnym i podartym ubraniu. Zgięty w pałąk, wyglądał jak ktoś, kto zapadł się w sobie. Ze strachem, ostrożnie rozglądał się wokół. Nagle mama krzyknęła: „Józef! O mój Boże! To mój Józef!”. Łkając rzuciła się na niego. Otoczyliśmy go, obejmując, całując, na przemian śmiejąc się i płacząc. Józef ledwie stojąc, uśmiechał się słabo, jakby z zakłopotaniem. Był bardzo chudy i zmęczony. Pomału opowiedział nam, co się wydarzyło. W noc deportacji wraz z innymi został załadowany do pociągu. Nikt nie wiedział, dokąd ich wywożą. Z powodu straszliwego ścisku, braku powietrza, jedzenia i wody, wiele osób zmarło. W wagonie było coraz więcej ciał. Józef był przekonany, że długo nie wytrzyma. Wyskoczył z jadącego pociągu, nie z myślą o ratowaniu się, ale chcąc przed śmiercią zaczerpnąć świeżego powietrza. Razem z nim wyskoczyło jeszcze dwóch mężczyzn. Wszyscy trzej wylądowali w rowie. Jeden został postrzelony i zmarł na miejscu, a drugi był ciężko ranny. Strażnicy strzelali bez przerwy. Józef cały czas leżał w rowie, udając, że nie żyje. O wiele później, długo po tym, jak ustała strzelanina, wyczołgał się z rowu, pozostawiając tam swoich współtowarzyszy, jednego martwego, a drugiego ciężko rannego. Opuściwszy rów, wuj zachowywał się bardzo ostrożnie. Postanowił trzymać się z daleka od ludzi, chował się, kiedy usłyszał jakieś głosy lub kroki. Żywił się tym, co znalazł na polach. Przemieszczał się tylko w nocy, a za dnia ukrywał. Stracił przez to zupełnie poczucie czasu. Gdy wuj Józef skończył opowiadać swoją historię, popatrzył na nas niewidzącym wzrokiem. Powiedział, bardziej do siebie niż do nas: „Nigdy nie myślałem, że mi się to uda. Nigdy nie myślałem, nigdy…”. Dziwne, ale zachowywał się tak, jakby rzeczywiście mu się nie udało. Nie podzielał naszego entuzjazmu ani szczęścia. Ale mama nie zważała na jego nastrój. Zawsze, gdy jej spojrzenie zatrzymywało się na nim, w oczach pojawiał się blask. Dawno nie widziałam jej tak szczęśliwej. (…) Gdy inni zostali przeniesieni do getta, nam pozwolono pozostać na terenie fabryki. Nasze bardzo mocne papiery dawały nam także prawo do przebywania w niektórych częściach miasta. Oczywiście najnowsze i najbardziej eleganckie dzielnice Lublina były w ogóle niedostępne dla Żydów, bez względu na jakiekolwiek papiery. My jednak opuszczaliśmy fabrykę tylko wtedy, gdy było to absolutnie niezbędne. Żadne papiery nie gwarantowały bezpieczeństwa i najbezpieczniej czuliśmy się siedząc w fabryce. (…) Nowe getto, Majdan Tatarski, zostało usytuowane na przedmieściach Lublina, niedaleko Majdanka. Zanim przeniesiono tam Żydów, teren został otoczony podwójnym rowem i drutem kolczastym. Gdy pojawili się Żydzi, granice zaczęli patrolować strażnicy. Większość z nich stanowili Litwini i Ukraińcy, kolaboranci, którzy zaciągnęli się do niemieckiej armii. Niemcy nie włączali ich do regularnych oddziałów, lecz utworzyli z nich oddzielne jednostki. Dla odróżnienia od regularnej armii wyposażono je w czarne mundury, dlatego nazywaliśmy ich „czarnymi żołnierzami”. Żołnierze ci byli niezwykle gorliwi w wykonywaniu swoich obowiązków, szczególnie wobec Żydów. Szybko przekonaliśmy się, że ich reputacja sadystów i zagorzałych antysemitów była w pełni zasłużona. Zdani całkowicie na ich łaskę, Żydzi nie mogli liczyć na żadne względy. Żydzi, posiadający kenkarty, mogli wychodzić i wracać do getta przez jedną z dwu bram. W praktyce okazywało się to jednak bardzo trudne. Strażnicy mogli ich zatrzymywać z najbanalniejszych powodów, na przykład dlatego że poruszali się za szybko lub za wolno, albo niewłaściwie trzymali dowód tożsamości. Wszystko to mogło posłużyć za pretekst do bicia, kopania, a nawet zabicia. Bez przeszkód mogli przechodzić przez bramę tylko ci, którzy mieli dokument potwierdzający pracę poza murami getta. Nasze papiery dawały nam takie prawo. Ale ponieważ pracowaliśmy do późnych godzin przez sześć dni w tygodniu, zdarzało się to bardzo rzadko. Sam Majdan Tatarski w niczym nie kojarzył się z drutem kolczastym, strachem i ubranymi na czarni strażnikami. Zabudowa była skromna - dwu- albo trzyizbowe domki, otoczone małymi ogródkami. Wąskie żwirowe drogi, białe płoty i mnóstwo zieleni - miejsce pełne uroku. Wyglądało jak mała wioska, którą też pewnie było, gdy mieszkali tu polscy robotnicy. Nigdy nie dowiedzieliśmy się, dokąd zostali przez Niemców wysiedleni. Mimo, że brakowało kanalizacji, w porównaniu z ciasnymi i rozpadającymi się domami, w których Żydzi gnieździli się przedtem, Majdan Tatarski był o wiele lepszym miejscem do zamieszkania. Ale rany były zbyt świeże i głębokie, aby cieszyć się nowym otoczeniem. Wszyscy mieli przed oczami obrazy mordowania na ich oczach albo zabierania siłą najbliższych i przyjaciół. Niemcy nie dawali jednak czasu na odbycie żałoby. Domagali się, aby Żydzi, którzy zostali oszczędzeni, natychmiast zagospodarowali się na nowym miejscu i prowadzili uporządkowane życie, tak jak poprzednio. Jak zwykle zapewniali, że ci, co pozostali, będą mogli żyć spokojnie, jeśli tylko dostosują się do obowiązujących zasad.

Nechama Tec

Nechama Tec, „Suche łzy”, Warszawa 2005, s. 20-27.