Pewnego ranka, bardzo wcześnie, przybyło do getta bardzo wielu Niemców.

Zaprowadzono nas na duży plac w obozie. Tam trzeba było usiąść. Do podnoszących się strzelano.

Zdjęcie wykonane obok budynku przy ulicy Krawieckiej 11, 1940 r., autor: Max Kirnberger. Fotografia ze strony Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl Oryginał fotografii znajduje się w Deutches Historisches Museum w Berlinie.

Zdjęcie wykonane obok budynku przy ulicy Krawieckiej 11, 1940 r., autor: Max Kirnberger. Fotografia ze strony Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl Oryginał fotografii znajduje się w Deutches Historisches Museum w Berlinie.

Pewnego ranka, bardzo wcześnie, przybyło do getta bardzo wielu Niemców. Wyciągnięto nas z mieszkań i zapędzono na inną ulicę. Mój ojciec musiał jednak iść do pracy do fabryki, znajdującej się poza gettem. Nie powrócił więc do getta, pozostał w fabryce, kiedy w getcie zaczęło się piekło. Codziennie zabierano ludzi z innej ulicy a potem już ich więcej nie widziano. Pierwszą ulicą, z której wyprowadzono ludność była ulica Krawiecka. Moja matka i ja pobiegłyśmy na ulicę Grodzką. Tam mieszkała rodzina Birnbaum, która przyjęła nas do swego mieszkania. Pan Birnbaum pracował wtedy w tej samej fabryce, co mój ojciec. Rodzinę Birnbaum znaliśmy z Dortmundu. Deportacja z ulicy Grodzkiej odbyła się na samym końcu. Wkoło getta pełnili straż Ukraińcy, pilnowali, by nikt nie uciekł przez druty. Niemcy przychodzili do getta często w ciągu dnia, wyprowadzali ludzi z domów i wywozili ich. Opowiadano, że ludzi tych wywozi się za Bug, tam nie ma Niemców, żyją sobie oni tam swobodnie. Ale myśmy temu nie wierzyli. Nie wiedzieliśmy, gdzie się ci ludzie podziali, ale odczuwaliśmy strach, wielki strach i dlatego ukrywaliśmy się ilekroć w getcie znajdowali się Niemcy. Na szczęście dozorca - Polak, pozostał w getcie, żeby pomagać ludziom. Kiedy Niemcy przychodzili do getta, ukrywaliśmy się w piwnicy. W piwnicy był wielki podziemny korytarz. Wchodziliśmy do tego korytarza tak daleko, aż natrafialiśmy na ścianę. W tej ścianie, tuż pod sufitem nasz dozorca wybił otwór, przez który mógł się przedostać człowiek. Po drabinie wspinaliśmy się w górę, następnie przedostawaliśmy się przez tą dziurę, a po drugiej stronie schodziliśmy w dół. Jak byliśmy po tamtej stronie, dozorca zamurowywał prowizorycznie otwór. Po drugiej stronie dochodziliśmy do końca korytarza i tam czekaliśmy dopóty, dopóki dozorca przychodził i otwierał zamurowaną dziurę. Słyszeliśmy kiedyś po drugiej stronie mury, jak esesowcy po wejściu do piwnicy wołali: „Żydzi wychodzić!”, strzelali. Dochodzili jednak tylko do ściany i nie spostrzegali otworu. Siedzieliśmy w piwnicy, jak w pułapce, jak żywcem pogrzebani. W piwnicy było bowiem mało tlenu. Chcieliśmy raz zapalić świecę, ale nie udało się. Po całotygodniowym pobycie w tej kryjówce byliśmy zupełnie pozbawieni sił. Od dawna nie można było kupić żadnej żywności. Mąka, w niewielkiej ilości, którą posiadała pani Birnbaum, już się wyczerpała. Dorośli, a było tam kilka osób z naszego domu i z sąsiedniego domu, postanowili, nie bacząc na to, że „akcja” trwała, opuścić kryjówkę i wyjść na zewnątrz. I tak się stało. Gdy znaleźliśmy się na dworze, kazano nam ustawić się w szeregu i wszystkich policzono. Wiem, że to brzmi nieprawdopodobnie, ale nas i jeszcze parę innych, jako nadliczbowych, zwolniono; mogliśmy wrócić do domu, kazano zgłosić się podczas najbliższej „akcji”. Gdyśmy jeszcze stali w szeregu, widziałam coś strasznego. Po drugiej stronie ulicy stał znajomy chłopiec, Bernard Edelman. Jego ojciec z naszego szeregu chciał przedostać się do swego syna. Esesman zastrzelił go na środku ulicy. Bernard krzyknął, z płaczem podbiegł do zastrzelonego ojca i rzucił się na niego. W tym momencie esesman zastrzelił także Bernarda. I podczas następnej „akcji” także wyszliśmy na dwór. Jakiś esesman chciał nas wyciągnąć z mieszkania. Prawdopodobnie strach przed śmiercią dodał mojej matce odwagi, bo zagadnęła esesowca. Był on bardzo zdziwiony, że wszyscy rozmawiają po niemiecku. Matka powiedziała mu, że jesteśmy Niemkami i przez przypadek znalazłyśmy się w getcie. Obawiamy się wyjść na dwór, bo bezustannie strzelają. I znów stał się cud, esesowiec wyprowadził nas z getta: panią Birnbaum z córką Erni i moją matkę ze mną. Udałyśmy się od razu do fabryki, w której pracował mój ojciec i pan Birnbaum. Ogromnie się nami ucieszyli. W dzień pracowaliśmy wszyscy w fabryce, w nocy spaliśmy na podłodze. Nie płacono nam za pracę. Dyrektor fabryki nie powinien się był dowiedzieć, że jesteśmy w fabryce. Gdy przychodził, musieliśmy się ukryć. Nie wiem, jak długo byliśmy w tej fabryce, może przez parę tygodni. Pewnego dnia dowiedzieliśmy się, że pod Lublinem, we wsi Majdan powstało nowe getto. Pojechaliśmy tam wozem drabiniastym. Getto było otoczone drutem kolczastym. Prowadziła do niego duża brama. Spodziewałam się, że dadzą nam tam spokój i wreszcie będziemy mogli spać bez strachu. W getcie było już bardzo dużo ludzi. Nigdzie nie mogliśmy dostać pokoju, nikt nie chciał nas również przyjąć do siebie, gdyż wszędzie już w jednym pokoju mieszkało bardzo dużo ludzi. Był już wieczór, kiedy znaleźliśmy wreszcie schronienie na jakimś stryszku, służącym do przechowywania siana. I tam było już wielu ludzi. Mogliśmy tylko leżeć na ziemi, na słomie, ale byliśmy szczęśliwi. Sądziliśmy, że dadzą nam spokój. Nie dali nam jednak spokoju. Od razu pierwszej nocy przybyło gestapo, esesowcy i wyciągali nas z domów. Musieliśmy się zgromadzić na wielkim placu, w pobliżu getta. Tam kontrolowano każdego z oddzielna, czy posiada Ausweis (Ausweisy mieli tylko ci, którzy pracowali dla Niemców). Ludzie posiadający Ausweisy musieli się ustawić po lewej stronie placu, a bez Ausweisów po prawej stronie. Do pierwszej grupy skierowano mego ojca, a matkę i mnie - do drugiej grupy. Po zakończeniu kontroli do getta mogli wrócić tylko ci, którzy posiadali Ausweisy. Drugą grupę poprowadzono szosą do obozu koncentracyjnego na Majdanku. O tym obozie już słyszeliśmy, nazywaliśmy go K. L. Do obozu odprowadzono około 1500 ludzi. Wtedy po raz ostatni widziałam mego ojca. Kiedy się szło szosą z Lublina do getta, znajdowało się ono po lewej stronie szosy. Jak się szło dalej, dochodziło się do obozu koncentracyjnego, który znajdował się po prawej stronie drogi. Zaprowadzono nas na duży plac w obozie. Tam trzeba było usiąść. Do podnoszących się strzelano. Obok mnie leżał zabity człowiek. 10 kroków ode mnie leżało na derce może 20 niemowląt. Całymi dniami musieliśmy siedzieć na tym placu, nie dawano nam jeść. Martwe niemowlęta zupełnie się rozkładały. Dopiero po kilku dniach postawiono latrynę i pozwolono nam wstać i załatwić nasze naturalne potrzeby. Trzeba było godzinami czekać na swoją kolej, było wiele ludzi. Po kilku dniach, w nocy zaprowadzono nas do wielkiego baraku, myślę, że była to stajnia. Trzeba było całą noc stać, albo usiąść w nieczystościach; o położeniu się nie mogło być mowy, było za dużo ludzi. Po kilku dniach dostaliśmy kawał chleba i coś do picia. Jak długo to trwało nie wiem dokładnie, może dwa tygodnie, a może i więcej. Aż wreszcie kiedyś wieczorem zapędzono nas jak bydło do baraku, a rano wygoniono na pole, ale kazano nam się ustawić przed barakiem. Potem przyszedł wyższy oficer SS, wydał jakieś polecenie esesowcom, którzy nas pilnowali, obejrzał nas wszystkich i odszedł. Był to prawdopodobnie komendant obozu. Po jego odejściu rozpoczęła się segregacja, część ludzi posłano na prawo, a część na lewo. W grupie, w której się znalazłyśmy z matką, było najwyżej 100 osób - byli to przeważnie mężczyźni. Drugą grupę załadowano na auta ciężarowe i wywieziono. Bardzo zazdrościliśmy, bo myśleliśmy, że zwolniono ich i mogą wrócić do getta. Pozostawiono nas na polu, musieliśmy znów usiąść na ziemi. Po kilku godzinach wróciły auta ciężarowe, z których wyładowano odzież i obuwie. Myślę, że wszystkich tych ludzi rozstrzelano. Ze strachu i lęku byliśmy jak sparaliżowani. Następnie nie umieszczono nas już na noc w wielkim baraku, lecz w kotłowni kąpieliska. Z początku leżeliśmy całymi dniami na polu, potem musieliśmy pracować: nosić piasek i kamienie, gdyż budowano nowe baraki. Zdaje się, że w tym czasie byliśmy jedynymi Żydami w obozie, pozostali więźniowie byli Polakami i Niemcami. Kucharz był również Niemcem. Nie mogłam wtedy pojąć, że Niemiec może się także znajdować w obozie koncentracyjnym, sądziłam, że taki jest tylko los Żydów. Moja matka powiedziała mi, że są to więźniowie polityczni, ale ja wtedy tego nie rozumiałam. Gdy zbudowano barak, umieszczono nas tam. Mężczyzn ulokowano gdzie indziej. Z biegiem czasu przybywało do obozu coraz więcej Żydówek. Przychodziły transporty z Warszawy i innych polskich miast. Przypominam sobie transport z młodymi dziewczętami z Belgii. Straż nad nami sprawowali esesowcy i Litwini. Często się zdarzało, że podczas rannego apelu, przy obliczaniu, wyprowadzano każdą dziesiątą więźniarkę i wszelki ślad po nich znikał. Nieraz również w nocy wyciągano kobiety z baraku. Życie w obozie było pasmem bezustannego głodu i strachu przed śmiercią. Trudno to oddać w słowach. Pewnego dnia załadowano nas wraz z wieloma kobietami na ciężarówkę i zawieziono do wielkiego zakładu ogrodniczego, gdzie miałyśmy pracować. Kierowcami samochodów, które nas codziennie woziły do pracy, byli esesowcy. Pracowałyśmy całymi dniami pod nadzorem Litwinów. W porze obiadowej tymi samymi autami przywożono nam zupę, a wieczorem tymiż autami odwożono z powrotem do obozu. Spośród kobiet, które pracowały w tym zakładzie ogrodniczym tylko moja matka i ja umiałyśmy rozmawiać po niemiecku. Pewnego razu matka moja wszczęła rozmowę z jednym z kierowców. Chociaż był Niemcem i do tego esesowcem, okazał się jednak człowiekiem; pomógł nam w ucieczce. Zakład, w którym pracowałyśmy, był bardzo wielki. Na jego końcu znajdował się mały domek, w którym mieszkał tylko stary ogrodnik. Przypuszczam, że był on volksdeutschem. Ten domek miał jedno wyjście na ulicę i jedno do zakładu ogrodniczego, które było, naturalnie, ogrodzone. Mogłyśmy korzystać z ubikacji w tym domku. Pewnego dnia matka kazała mi pójść ze sobą do tej ubikacji. Tam była już przygotowana cywilna odzież i obuwie. Ściągnęłyśmy naszą odzież więzienną, włożyłyśmy zostawioną tam odzież i wyszłyśmy z domu wejściem na ulicę. To esesowiec, który przygotował dla nas w ubikacji suknie, pozostawił otwarte drzwi. Udałyśmy się do pewnej polskiej rodziny, która mieszkała za Lublinem. Jej adres matka dostała również od tego esesowca. O tym esesmanie wiem tylko tyle, że był kierowcą i nazywał się Sepp, liczył ponad 40 lat. Pewnego razu powiedział nam, że ma trzech synów, ale gdyby który z nich wstąpił do SS, to by go zabił. Wydaje mi się, że nasza ucieczka miała miejsce w maju lub czerwcu 1943 roku. Nie wiem dokładnie, bo byłam wtedy przecież jeszcze dzieckiem. Przez cały rok ukrywałyśmy się u wspomnianej polskiej rodziny. Głodowałyśmy, gdyż Polacy ci też nie mieli za wiele do jedzenia. Zdaje się, że rodzina nazywała się Maćkowiak, ale nie wiem tego na pewno. W lipcu 1944 roku, kiedy armia radziecka była już blisko Lublina, powiedziano nam, że do Niemiec odjedzie specjalny pociąg z żonami niemieckich oficerów. Moja matka poszła ze mną na dworzec. Tam zauważyłyśmy, że nie kontrolują kobiet wsiadających do pociągu, nie pytają o bilety. Wsiadłyśmy więc również do wagonu. Obawiałyśmy się, że w drodze będą kontrolowali i trzeba będzie pokazać Ausweisy. Moja matka przygotowała już sobie nawet jakąś wymówkę. Ale pociąg, nigdzie się nie zatrzymując dojechał do Drezna. Tam wszystkim kobietom rozdano bilety kolejowe, by mogły pojechać do ich miejsc zamieszkania. Pojechałyśmy z matką do Dortmundu i do końca wojny mieszkałyśmy na niewielkim przedmieściu, ukrywałyśmy się tam u naszych dobrych przyjaciół. Nie wiem dlaczego moja matka pojechała do Niemiec. W tym czasie nauczyłam się trochę języka polskiego, ale moja matka znała tylko język niemiecki. Matka moja zmarła w lutym 1948 roku. Nie znajduję po prostu słów, żeby wyrazić to, co przeżyłam.

Roza Moscher-Witkowska

Relacja pochodzi z zasobów Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, sygn. 301/2784.