Epidemia tyfusu

(…) Zaczęła się masowa akcja. Zaczęło się na Lubartowskiej ulicy z początkiem marca 1942 roku i na wszystkich przecznicach. Nazywało się to »przesiedleniem Żydów«.

Mieszkaniec lubelskiego getta, 1940 r., autor: Max Kirnberger. Fotografia ze strony Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl Oryginał fotografii znajduje się w Deutches Historisches Museum w Berlinie.

Mieszkaniec lubelskiego getta, 1940 r., autor: Max Kirnberger. Fotografia ze strony Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl Oryginał fotografii znajduje się w Deutches Historisches Museum w Berlinie.

Ulice w żydowskiej dzielnicy były natłoczone ludźmi, których Niemcy zgonili z Czech, Niemiec i wszystkich tych dzielnic, które opróżnili z Żydów. Ludzie więc żyli w bramach domów i na ulicy. Co kilka kroków leżeli ludzie na mrozie z poodmrażanymi nogami, rękami i błagali o kawałek chleba i umierali razem z dziećmi na ulicy z głodu, zimna i wyczerpania. Wtedy wybuchł w całej grozie tyfus plamisty. W natłoczonych pokojach, w których mieszkało po kilkadziesiąt osób, w bożnicach setki, szerzyła się epidemia w katastrofalny sposób. Epidemia była prawdopodobnie przeszczepiona przez Niemców celowo, by wybuchła nagle a Niemcy użyli jako pretekstu do urządzenia getta, by epidemia nie przeniosła się za miasto. Wtedy Niemcy stworzyli „Desinfektions- und Entlassungsstelle” przy gestapo, której urzędnicy, Żydzi urządzali dezynfekcję: niektórzy pracowali z prawdziwym poświęceniem, natomiast część zarządu dopuszczała się nadużyć. Równocześnie otworzono getto. Ofiarą epidemii padł ojciec mój i dziadek. Ja zachorowałem ale wyleczyłem się. Tymczasem wspomniana wyżej instytucja sanitarna zamieniła się wtedy w Żydowską Ordnungsdienst, podlegającą gestapo.

„Przesiedlenie Żydów”

(…) W czasie mojej choroby zaczęła się masowa akcja. Zaczęło się na Lubartowskiej ulicy z początkiem marca 1942 roku i na wszystkich przecznicach. Nazywało się to „przesiedleniem Żydów”. Wszystkich zagnano do bóżnicy i na podwórze. Bywało tak, że Żydzi urządzali sobie masowe skrytki, w których mieściło się po kilkadziesiąt osób, gdzieniegdzie mniej. Były to ściany przesuwalne, które dwie osoby, będące na zewnątrz zamykały czymś ciężkim. Gdy takie dwie osoby szły z przesiedleniem, ludzie, zamknięci w tych skrytkach ginęli z głodu i uduszenia. Sam podczas pewnej dezynfekcji znalazłem trupy takich uduszonych ofiar, kiedy to miano do opróżnionego z Żydów domu, sprowadzić mieszkańców ze wsi Majdan Tatarski, którą chłopi musieli opuścić. Szczytem okrucieństwa niemieckiego była zbrodnia, dokonana na kilkuset dzieciach żydowskich. Wywleczono je w marcu lub z początkiem kwietnia 1942 roku zdrowe i chore, jako sieroty z ochrony żydowskiej, naładowano na auta ciężarowe, wywieziono za miasto, tam wrzucono je do wykopanego rowu. Był tam jeden z policjantów żydowskich, Muszkatblüt, nadzwyczaj porządny człowiek, który z daleka widział wszystko. Zbiry niemieckie rzuciły do rowu granaty, które nie wszystkie dzieci zabiły, tak, że zostały między nimi i żywe. Te wszystkie ciała dziecięce przysypali potem ziemią, zakopując żywe dzieci. Widać było z daleka ruszające się rączki. Ostatnie przesiedlenie z Lublina na Majdan Tatarski było około święta Pesach w 1942 roku. Z tym przesiedleniem poszedłem i ja. Poszło nas około 6000 osób. Po 5-6 dniach wywlekli nas na plac przed tą wioską, ustawili w czworobok, kazali klęczeć, potem położyć się na ziemi i chować głowy. Która głowa się podniosła, w tę strzelano. Wtedy okropna wytworzyła się panika, bo każdy starał się ukryć głowę i tarzał się w błocie. W tej akcji byłem i ja. Kierownikiem tych wszystkich akcji był główny szef gestapo Worthoff i dr Sturm, dwaj notoryczni sadyści. Przy najgorszych torturach, zadawanych ludziom, śmiali się rozkosznie. Jednego Żyda tak zmasakrowali, że była z niego jedna bryła krwi. Do ostatniej chwili kazali mu klęczeć i pokazywali go reszcie ustawionych mówiąc, że każdy będzie tak wyglądał, gdy się dopuści jakiegokolwiek przewinienia. Z klęczących i leżących w błocie przeprowadzono selekcję. Podczas przechodzenia na jedną lub drugą stronę, bili Niemcy w okrutny sposób. Siostrę, chorą na tyfus przeniosłem na plecach, przedarłem moją legitymację, dając jej połowę i przedarłem się z nią na drugą stronę. W międzyczasie wróciłem po matkę i dwóch braci ale oni byli już wzięci na stronę śmierci. Z tej wioski, w której byliśmy, widzieliśmy wszystko, co się dzieje w obozie na Majdanku i nocami słychać było jęki, bicia i krzyki. Kiedyśmy wracali z roboty, spotykaliśmy nieszczęsnych więźniów, których prowadzono do pracy. Były to szkielety, nie ludzie. Nie mogliśmy im podać niczego, bo za to była kara śmierci. Ale rzucaliśmy na drogę kawałki chleba, tak by nie budzić podejrzenia i oni podbiegali, o ile się dało, by podnieść. Jeden z kolegów moich, Silberlicht z Lublina chodził tą drogą niezliczone razy, by móc rzucić trochę jedzenia. Razu pewnego, idąc do pracy, rzucił swoje śniadanie ale w tej chwili esesman prowadzący grupę ujrzał to, kazał mu biec i zastrzelił go. Było to przy mnie. Zabraliśmy jego ciało i pochowaliśmy go na starym cmentarzu żydowskim. Nie zapomnę makabrycznego obrazu, kiedy raz, idąc szosą, widziałem grupę więźniów-szkieletów z Majdanka, pracujących w rowie przydrożnym wśród ulewnego deszczu w papierowych swych ubraniach. Dla ochrony nadziali na głowę miski blaszane, przeznaczone na zupę. Gryźli palce z głodu i dawali znaki, by im rzucić coś do jedzenia. Podczas selekcji, w której matkę i braci zabrano na śmierć, udało mi się jeszcze odszukać braci i dać im moją przepołowioną legitymację. Tak się jeszcze uratowali. Natomiast matce nie udało się przejść, więc poszedłem z matką na Majdanek myśląc, że uda mi się ją ocalić. Dali nas na rezerwowe pole między drutami i zaczęli segregować. Tak leżeliśmy trzy dni pod gołym niebem. Za szklankę wody, jeśli ktoś miał, dawało się sto dolarów, pierścionek z brylantami, nie mówiąc już o chlebie. Rozłączyli mnie z matką, ja zaś ściągnąłem leżącą przy bramie na ziemi marynarkę robotniczą z czerwono-białą opaską i tak udało mi się wymknąć. Matka po trzech dniach została wyprowadzona z kilkuset kobietami, gdzie ją razem z 300 kobietami rozstrzelano i w jednym grobie pochowano. Tam straciłem całą rodzinę matki z dziećmi. Ja wróciłem do getta na Majdan Tatarski, tam stworzyliśmy jedną grupę, złożoną z komunistów, a byliśmy w kontakcie z grupą partyzantów polskich, która była w lasach koło Zęborzyc. Mieliśmy na 25 chłopców 3 rewolwery i naboje i mieliśmy pójść do lasów. Tymczasem, podczas ostatniej akcji na Majdanie Tatarskim, byłem w monopolu tytoniowym razem z dwudziestoma pięcioma innymi, gdzie dyrektor monopolu nas ukrył. Ostatnia akcja wykończenia ostatecznego Żydów odbyła się tak samo, wzięto cały Majdan Tatarski do obozu, wraz ze wszystkimi, którzy pracowali na placówkach niemieckich. Nas piętnastu, którzy byliśmy w tym czasie w monopolu tytoniowym w Lublinie, między nami dwóch moich braci, zwęszyliśmy, że coś się święci, tym bardziej, że ujrzeliśmy dwóch esesmanów przed bramą. Sam wicedyrektor chodził, by nas zabrać wszystkich, bo miał nas dostarczyć na gestapo. Wtedy zrozumieliśmy, że to koniec i cała nasza grupa ukryła się. Ja wskoczyłem na mur okalający fabrykę za pomocą latarni elektrycznej, a stamtąd zeskoczyłem z wysokości jednego piętra i uciekłem razem z trzema innymi. Skryliśmy się pod barakami SS, bo tam był obóz dla jeńców wojennych żydowskich, gdzie SS mieli swoje placówki. Tam leżałem cały dzień a na ostatku przybiegł tam i mój brat 16-letni z kolegą, który też uciekł. Starszy brat został ukryty w monopolu ale dozorca - Polak wykrył go i wskazał. Wtedy przybiegli esesmani, a kiedy chciał się im wyrwać, przebili mu bagnetem nogę. Ten dozorca wykrył i resztę - sześciu, tamtych wzięli i załadowali na auto, które przybyło z Majdanka. Auto to przejechało przez miasto na szosę. Wtedy tych sześciu zepchnęło dwóch eskortujących ich esesmanów z auta i sami zeskoczyli. Esesmani na wozie strzelali za nimi i zabili trzech a trzech uciekło. Brat mój starszy przebity został i nie wiem co się z nim stało.

Bez dokumentów, bez pieniędzy

Ja tymczasem po południu wylazłem z baraku ale ledwie znalazłem się w mieście, podszedł do mnie jegomość, który mnie znał z Lublina i szantażował mnie. Z trudem i mozołem i pieniędzmi wyrwałem się ze szponów tego łajdaka. Nazajutrz próbowałem wyjść ale mnie poznał gazeciarz, któremu dawałem zawsze złotówkę, będąc jeszcze w getcie. Wkrótce szajka chłopców razem z nim otoczyła mnie, z trudem wyrwałem się im i uciekłem do suteryn, gdzie mieszkała jedna prostytutka. Ta mnie ukryła, nakarmiła, bo byłem wycieńczony z głodu i niespania, nie mówiąc wcale o przeżyciach. Tam u jej matki zostałem 2-3 dni, podczas których przeważnie spałem i jadłem, matce zaś poleciła mnie jako znajomego kolejarza. Zostałem bez dokumentów, bez pieniędzy a trzeba było koniecznie zdobyć jakieś papiery. Ze mną był jeden kolega, który od Warszawianina, Polaka dostał dokument za tysiąc złotych. Ode mnie ten jegomość zażądał przez pośrednika trzech tysięcy. Tych pieniędzy nie miałem, a w dodatku trzeba było zdobyć papiery i dla brata. Postanowiliśmy zdobyć dokumenty przemocą i podstępem, niepięknie ale nie było innej rady, a życie chcieliśmy ratować, choćby tym samym pozbawić łatwego zysku tego fabrykanta dokumentów. Dowiedzieliśmy się kiedy ma przyjechać i jak wygląda. Poszliśmy z kolegą na dworzec, poznaliśmy go, udawałem, że mam rewolwer a trzymałem w ręku śruby do elektryczności. Przedstawiliśmy się jako tajniacy z gestapo na oczach wszystkich na stacji, kazaliśmy pójść ze sobą i tam na placu koło dworca rozebraliśmy go, zrewidowali, nie znaleźliśmy nic, a on błagał, byśmy go nie prowadzili na gestapo ale wzięli okup. Udawaliśmy srogich i przypomnieliśmy sobie, że on pono w rękawie chowa te dokumenty. I rzeczywiście znaleźliśmy 7 dokumentów, a teraz trzeba było z nim coś zrobić, bo byłoby dziwne, że po tym wszystkim, nie prowadzimy go na gestapo. Prosił, by koniecznie wziąć pieniądze, więc z konieczności wzięliśmy trzy tysiące, chociaż ofiarował nam więcej. Tak byliśmy przygotowani do drogi, kupiłem sobie używane ubranie a owa prostytutka kupiła nam bilety i odwiozła nas do Rawy Ruskiej, byśmy się czuli pewniejsi. Pojechaliśmy razem z bratem i kolegą do Lwowa, w listopadzie 1942 roku.

Bolesław Kopelman

Relacja pochodzi z zasobów Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, sygn. 301/801.