Nikt nie wiedział na pewno dokąd wywozi się tych ludzi

Liczni wykradali się z getta na dworzec, usiłując dostać się na pociąg do Warszawy. Lublin był terenem pierwszego tego rodzaju wysiedlenia i nikt nie przypuszczał, że po naszym mieście przyjdzie kolej na inne.

Mieszkańcy lubelskiego getta, 1940 r., autor: Max Kirnberger. Fotografia ze strony Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl Oryginał fotografii znajduje się w Deutches Historisches Museum w Berlinie.

Mieszkańcy lubelskiego getta, 1940 r., autor: Max Kirnberger. Fotografia ze strony Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl Oryginał fotografii znajduje się w Deutches Historisches Museum w Berlinie.

Liczni wykradali się z getta na dworzec, usiłując dostać się na pociąg do Warszawy. Lublin był terenem pierwszego tego rodzaju wysiedlenia i nikt nie przypuszczał, że po naszym mieście przyjdzie kolej na inne. Ludzie uciekali więc do Warszawy, Radomia, Kielc, miasteczek i wsi, by tam z kolei uciec temu samemu losowi. Co dzień esesowskie psy wyłapywały na dworcu pewną liczbę ludzi. Prowadzono ich do restauracji Grajera i dokonywano egzekucji na miejscu. Tam pewnego dnia zginęła cała rodzina założyciela pierwszego żydowskiego gimnazjum w Lublinie, dyrektora Szpera. Młodszą córkę, Manię Lewkowicz wraz z przytulonym do niej siedmioletnim synkiem zabiła jedna kula. Transporty z ulicy prowadzono do synagogi, gdzie przebywali czasem przez kilka dni, dopóki kontyngent nie był kompletny. Czas ten wyzyskiwali gestapowcy do wyciągania od ludzi okupu za zabranych krewnych i przyjaciół. Pojedyncze osoby zwalniano za grubą opłatą, żeby przy najbliższej akcji znów je zabrać. Wybiła też zła godzina dla niektórych członków Judenratu. Gestapowcy udali się do mieszkania inżyniera Henryka Bekera, kazali mu włożyć tałes i tak prowadzili go wraz z żoną przez miasto do synagogi. Na pożegnanie poklepali go po plecach i powiedzieli, że tam dokąd się udaje też będzie naczelnikiem gminy. Nikt nie wiedział na pewno dokąd wywozi się tych ludzi. Opowiadano, że prowadzi się ich na Kalinowszczyznę, za rzeźnię miejską, gdzie się ich ładuje do stojących na torach wagonów kolejowych. Pozostających w tyle zabija się; również podczas ładowania nie milkną karabiny maszynowe i serie strzałów kładą trupem nie dość szybko wsiadających. Taka była jedna wersja, były też inne. Pewien kolejarz opowiadał znajomemu Żydowi, że wysiedlonych pakuje się do zamkniętych wagonów tak ciasno, że ludzie się duszą, że wagony te stoją na bocznicach po kilka dni. Ofiary nie dostają wody ani jedzenia. Słyszał jak wołają: „Gott, wo bist du?”. Jakiś chłopak wrócił z transportu i opowiedział, że wszystkich się wiezie do Bełżca, gdzie giną rażeni prądem elektrycznym. Gdyby się miało pewność śmierci, może by ludzie się bronili, może by zawołali: „Krew za krew, za nas stu niech zginie choć kilku Niemców”. Esesmani za pośrednictwem zdrajców szerzyli wiadomości, że to tylko przesiedlenie do Rosji, gdzie trzeba im rąk do pracy, gdzie przesiedleńcy znajdą możliwe warunki bytu. A otumaniony człowiek wierzył, zabierał do plecaka co miał najlepszego, zaszywał w ubranie pieniądze i szedł.

Ida Gliksztajn

Relacja pochodzi z zasobów Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, sygn. 302/91.