Bardzo baliśmy się wtedy

Ja mieszkałam niedaleko cmentarza. Na Unickiej był cmentarz. (…) Prawie codziennie jechały tam towarówki, naładowane Żydami, ilu tylko mogli tam wepchać i rozstrzeliwali ich tam. Po kilku minutach słyszeliśmy kulomiot.

Mieszkańcy lubelskiego getta, 1940 r., autor: Max Kirnberger. Fotografia ze strony Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl Oryginał fotografii znajduje się w Deutches Historisches Museum w Berlinie.

Mieszkańcy lubelskiego getta, 1940 r., autor: Max Kirnberger. Fotografia ze strony Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl Oryginał fotografii znajduje się w Deutches Historisches Museum w Berlinie.

Ponieważ moja Mamusia przeżyła I wojnę światową, wiedziała co to są Szwaby. Ona bardzo, bardzo się bała. Bardzo szybko zaczęło się tworzyć getto w Lublinie. Pamiętam, jak chodziliśmy i szukaliśmy, gdzie sprzedają chleb. Szłam od Rogatki aż gdzieś za Krakowskie Przedmieście. Nawet nie pamiętam na jakiej ulicy. Od razu musieliśmy ubrać opaski. Najpierw żółte gwiazdy, a potem Magen Dawid. Ja i moja siostra nie ubraliśmy tego i poszliśmy stać w kolejkach, szukać chleba. Mogliśmy ustać tam kilka godzin i przyjść do domy bez chleba albo gdy zaczęto dzielić chleb na pół, potem na ćwiartki, mogliśmy przynieść albo ćwiartkę albo wrócić bez chleba. Pamiętam, że szliśmy w zimie. Mamusia owinęła nam buty szmatami. To było rano, a nie wolno było nam wyjść z domu, bo przecież były godziny, kiedy wolno było wychodzić i kiedy nie wolno było chodzić po ulicach. Na Lubartowskiej po lewej stronie była hala. Tam stali Niemcy. Musieliśmy przejść tę halę, żeby pójść dalej, bo tam gdzieś dalej była jakaś piekarnia, gdzie dzielili chleb. Jak przeszliśmy tę halę to tak, jak byśmy przeszły jakieś piekło. Udało nam się przejść bez opasek i bez gwiazd. Byłyśmy jedyne z siostrą, które mogły dostarczyć chleb do domu, bo ani ojciec nie mógł iść, ani matka nie mogła iść. Pamiętam, gdy raz wracaliśmy. Mieliśmy ćwiartkę chleba w ręku i przed halą Niemcy złapali jakiegoś Żyda i strasznie go bili. Zebrali tam ludzi, żeby wszyscy stali dookoła i żeby wszyscy się patrzyli, jak oni jego biją. Wracaliśmy z tej piekarni i zatrzymaliśmy się przy hali, i wszyscy tam stali. Myśmy były dziećmi, więc nam nic nie powiedzieli i poszłyśmy dalej. Przyszłyśmy do domu i powiedziałyśmy rodzicom wszystko, co widziałyśmy, i byłyśmy strasznie poruszone. Wtedy mamusia powiedziała, że musimy coś zrobić, żeby uciec stąd. Ale dokąd można uciekać? Mieszkaliśmy vis a vis szkoły i w tej szkole byli Niemcy. Raz przyszli do nas do domu Niemcy i wzięli wszystkie kobiety, żeby poszły do nich sprzątać. Ponieważ Mamusia bała się zostawić dzieci, więc ja ubrałam taki fartuch i zawiązałam chustkę, i wzięłam mamusi pantofle, że niby ja jestem duża. Oni nie tyle wzięli wszystkich, ile szukali młodych ludzi, żeby pracowali u nich. U nas było sześcioro dzieci. Siostra i ja byłyśmy starsze, ale pozostałe, to były małe dzieci, więc jak mamusia mogła je zostawić? Więc ja ubrałam się i stanęłam z ludźmi, ponieważ oni chcieli jakąś liczbę ludzi, więc stanęłyśmy - siostra i ja - do pracy. Wzięli nas do pracy. Pamiętam jeszcze, że dali nam kawałek chleba i świece, bo przecież światła nie było. Tam pracowałam kilka razy. Później nadeszła zima. W zimie też tam pracowałam. Zamiatałam tam śnieg. Ja nie pamiętam dat, w ogóle nie pamiętam dat. Ja pamiętam tylko czas. Muszę zaznaczyć, że gdy kazali nam nosić żółte gwiazdy lub opaski, to człowiek nic nie czuje. Ja dzisiaj mniej więcej próbuję sobie wyobrazić. Jestem dzieckiem, jestem Żydówką i gonią mnie jako Żydówkę. Nie jako człowieka, który popełnił jakieś przestępstwo. Tylko jako Żydówkę gonią mnie i chcą mnie zabić. Moim zdaniem, że w takiej sytuacji, w jakiej ja byłam wtedy, człowiek nie zastanawia się nad niczym. Chce żyć i to wszystko! Chce żyć! Chce kawałeczek chleba. Chce przynieść do domu jeszcze kawałeczek chleba. Ale jedną rzecz wiem - w moim wieku, dziewczynka dwanaście lat, raptem dostałam wielką odpowiedzialność. Odpowiedzialność, że muszę przynieść do domu chleb, bo jeżeli tatuś wyjdzie, to go złapią i go zabiją. Może on jest podobny do Żyda, a jeżeli jest podobny, to go złapią. Jeżeli go złapią i on wyszedł bez opaski, to go poproszą o dokumenty i dojdą, że on jest Żydem, to go zastrzelą na miejscu. Jedyna rzecz, którą wiem, to że już w tym wieku miałam wielką odpowiedzialność. Odpowiedzialność - szukać chleba dla dzieci. To jest jedno uczucie. Ja nie zastanawiałam się wtedy, co mnie to robi, czy robi mi to źle czy dobrze. Bałam się bardzo, a przy tym miałam tyle odwagi, bo nie miałam rady. Jak człowiek nie ma rady, to robi wszystko. Fakt, że ja poszłam, jak przed śmiercią. Bo gdyby mnie złapali i zapytali się, kto ja jestem i gdyby dowiedzieli się, kim jestem, to by mnie zastrzelili na miejscu. U nich nie odgrywało to żadnej roli. Chodzili po ulicach i jeżeli ktoś obok nich przeszedł, to potrafili zdjąć mu czapkę z głowy i rzucić na ulicę. Jeżeli ten ktoś szedł po tę czapkę i okazało się, że jest Żydem, to go zastrzelili. U nich to była zabawa. Rozstrzeliwanie ludzi to była zabawa. Ja mieszkałam niedaleko cmentarza. Na Unickiej był cmentarz. Prawie codziennie jechały tam towarówki i na towarówce pełno ludzi do rozstrzelania. Myśmy wiedzieli, jedzie towarówka z ludźmi, po kilku minutach słyszeliśmy rozstrzeliwanie. To już było prawie jak powszedni chleb. Prawie codziennie jechały tam towarówki, naładowane Żydami, ilu tylko mogli tam wepchać i rozstrzeliwali ich tam. Po kilku minutach słyszeliśmy kulomiot. Zdaje mi się, że w Lublinie były takie roboty, na które chodzili ludzie, w tym mój tatuś. Nie wiem, kto je organizował, ale wiem, że zbierali dużo ludzi, którzy chodzili na roboty. Na ciężkie roboty. Musieli taszczyć jakieś worki, ja sama nawet nie wiem, co oni tam dokładnie robili. Nawet nie wiem, skąd mieliśmy pieniądze. Przecież mój tatuś nie zajmował się sadami. Ostatni raz, gdy się tym zajmował, to było w 1938 r. Raz jeden, pamiętam, tatuś przyniósł jakieś stare ubrania i mamusia je prasowała. Ja poszłam z tatusiem na targ, żeby je sprzedać. Ubrałam się, jak dorosła. To trwało jednak bardzo krótko. Bardzo krótko po tym Niemcy otworzyli już getto, a wtedy nic już nie mogliśmy robić. Ja sobie wyobrażam, że żyliśmy z tego, co mieliśmy w domu, z jakichś oszczędności, które mieliśmy w domu, ale dokładnie tego nie wiem. Jednak osiem osób musiało coś jeść. Było dobrze, jak był jakiś kawałek chleba i mama kupiła jakieś zamarznięte kartofle, gorzkie. Pamiętam, że zrobiła z nich zupę, a ja powiedziałam: „Mamusiu, kartofle gorzkie”, a mamusia odpowiedziała: „Jedzcie, jedzcie dzieci, bo nie ma nic innego”. Gorzkie, zamrożone kartofle.

Regina Winograd

Relacja pochodzi z Archiwum Historii Mówionej Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.historiamowiona.tnn.pl oraz ze zbiorów Roberta Kuwałka.