Zamknięci w getcie

(…) Podczas którejś obławy zostałam zagarnięta razem z matką i siostrą do synagogi przy ulicy Jatecznej, gdzie trzymano ludzi przeznaczonych na śmierć. Tam było strasznie. Strzelano do ludzi, a ściany całe zalane były krwią.

Mieszkańcy lubelskiego getta, 1940 r., autor: Max Kirnberger. Fotografia ze strony Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl Oryginał fotografii znajduje się w Deutches Historisches Museum w Berlinie.

Mieszkańcy lubelskiego getta, 1940 r., autor: Max Kirnberger. Fotografia ze strony Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl Oryginał fotografii znajduje się w Deutches Historisches Museum w Berlinie.

W marcu 1942 roku, gdy zaczęła się likwidacja getta na Podzamczu, podczas którejś obławy zostałam zagarnięta razem z matką i siostrą do synagogi przy ulicy Jatecznej, gdzie trzymano ludzi przeznaczonych na śmierć. Tam było strasznie. Strzelano do ludzi, a ściany zalane były krwią. Jakoś udało się nam podać wiadomość do ojca, który w tym czasie był w pracy, w garbarni. Przyszedł razem z dyrektorem Kończakiem i wyreklamowali nas. Dyrektor przyniósł dla nas zaświadczenia, że pracujemy w garbarni. Dyrektor Kończak był bardzo dobrym człowiekiem. Zatrudniał u siebie nawet dawnych, przedwojennych dostawców skóry. Wielokrotnie wyciągał ludzi z różnych opresji. Dla wszystkich swoich robotników i ich rodzin załatwił zaświadczenia o pracy i mogli oni potem spokojnie przenieść się na Majdan. Ojciec postanowił, że mimo zaświadczenia lepiej będzie, jak nie będę się pokazywać na ulicy. Po selekcji na Kowalskiej, gdzie wszyscy, którzy posiadali zaświadczenia o pracy, przeszli na Grodzką i Noworybną, ojciec zamykał mnie w domu na cały dzień i wychodził do pracy. Udało mi się znaleźć pracę u krawca na Podzamczu, ale wyjątkowo nie lubiłam siedzieć przy maszynie, a potem udało się załatwić dla mnie pracę w fabryce „Bengal” i dzięki temu dostałam „J-Ausweis”. Pracowałam poza gettem i mogłam chodzić po mieście. W tym czasie mój brat Luzer został zabrany do obozu przy ulicy Lipowej i tam też pracował. To, że mieliśmy „J-oty”, uprawniało nas do przeniesienia się na majdan Tatarski, do małego getta. Z Kalinowszczyzny mogli pójść tylko robotnicy z garbarni i ich rodziny. Wielu Żydów z naszej dzielnicy nie dostało się na Majdan. Nie poszedł tam chociażby rabin Finkelman. Jego syna zastrzelono kolo garbarni. Drugi, Boruch, uratował się i po wojnie wyjechał do Niemiec, gdzie ożenił się z Niemką. Robotnicy z garbarni byli chronieni przez Kończaka. Mieli bardzo dobre warunki. Byli skoszarowani przy garbarni, więc nie musieli przebywać w getcie na Majdanie. Mogli swobodnie poruszać się po całym zakładzie.

Getto na Majdanie Tatarskim

Dzięki temu, że ja i ojciec pracowaliśmy poza gettem, rodzina nie odczuwała głodu, mimo że nie byliśmy zamożni - byliśmy wręcz biedni, ale żywność przynosiliśmy z miasta. W getcie głód doskwierał tylko tym, którzy nie wychodzili poza jego teren. Pewnego dnia Niemcy zgarnęli robotników żydowskich z Lipowej na Majdanek. Mój brat uciekł po drodze z kolumny i ukrył się w ubikacji na Bronowicach, ale znalazła go tam jakaś Polka i wydała. Wylądował w obozie. Próbowaliśmy mu pomóc. Razem z sąsiadką z Kalinowszczyzny, Polką, której mąż był w tym czasie w obozie, usiłowałyśmy przez wolnych robotników podać im coś do jedzenia przez druty, ale do brata nie było już dostępu. Widziałam go przez druty. Zginął na Majdanku.

Ja nie chciałam wychodzić z getta i zostawić matki

Już w tym czasie moi rodzice postanowili, że będę się ukrywać u młodszego Ziemby, mojego późniejszego męża. Ja nie chciałam wychodzić z getta i zostawić matki, ale to ona tak postanowiła i wszystko przygotowała. Z Ziembami byliśmy zaprzyjaźnieni jeszcze przed wojną. Już wtedy mój mąż powiedział do mojej mamy, że przyjdą jeszcze takie czasy, że się ze mną ożeni. Wtedy obraziłam się na niego za te słowa. Mój mąż chciał pomóc również rodzinie piekarza Uera, u którego pracował przed wojną. Uerowie mieli cztery piękne córki. Dla Doby znalazł nawet kryjówkę u granatowego policjanta, który się w niej kochał. Była tam przez jakiś czas, ale pozostałe siostry postanowiły, że jak mają zginąć, to razem i Doba wróciła na Majdan - zginęły razem. Na dzień przed likwidacją getta na Majdanie ktoś wypchnął mnie za druty, nie wiem kto. Poszłam na Kalinowszczyznę, a razem ze mną poszła Małka Akermanówna. Jako zabezpieczenie wzięłyśmy ze sobą młodego chłopaka, Abrama Nisenbauma, który miał sporo złota - mieszka teraz w Argentynie. Zgłosiłam się do męża, ale po drodze poszłam do Zabłockich po rzeczy. Było to wieczorem. Zabłocka przeraziła się, ale i ucieszyła. Oddała nam pieniądze za rzeczy, ale powiedziała, że woli nie wiedzieć, gdzie się ukrywam, bo tak będzie bezpieczniej. Przestrzegała mnie również, żebym nie pokazywała się na ulicy, bo nasz dawny sąsiad Wacek Król trzyma z Niemcami. Ukrywałyśmy się z Małką w małym domku, na facjacie, gdzie na strychu przygotowana była kryjówka, ale tak mała, że można było w niej tylko leżeć. W sąsiednim domu, w podobnej kryjówce ukrywał się Abram. Było to mieszkanie u Orłosia, któremu Abram opłacał się, ale za to byłyśmy bezpieczne, że Orłoś nas nie wyda. Raz przestrzegłyśmy Abrama, żeby nie mówił Orłosiowi, ile ma pieniędzy, bo ten może go obrabować i zamordować. Ludzie na Kalinowszczyźnie byli dobrzy. Wielu Polaków wiedziało, że się ukrywamy, niektórzy wiedzieli nawet gdzie. Byli tacy, którzy przynosili nam do kryjówki jedzenie. Pewni ludzie opiekowali się Abramem. Nie udało się tylko uratować rodziców i siostry. Ojciec podczas likwidacji Majdanu ukrył się na terenie getta i tam złapali go Niemcy. Zastrzelili go na miejscu. Gdyby poszedł na Majdanek, może udałoby się go uratować. Na Majdanek po swoich robotników poszedł Kończak, ale mojego ojca tam nie było. Moja siostra nie chciała zostawić matki w obozie, chociaż mieliśmy już zorganizowaną furmankę, którą wywiozłoby się Esterę pod łupinami kartofli. Ona jednak została razem z matką w obozie. Zginęły obydwie. Zostałam sama.

Bieda była straszna

Głód odczułam dopiero podczas ukrywania się. Czasami nie jadłyśmy z Małką przez cztery dni, bo z jednej strony była bieda, a z drugiej, często nie było warunków, by podać jedzenie. Do naszej kryjówki wchodziło się od klatki schodowej i trzeba było uważać na ludzi. Mój mąż był zagrożony aresztowaniem, ale pewna znajoma Niemka zatrudniła go u siebie w piekarni, mimo że wiedziała, iż poszukuje go gestapo. O nas wiedział też Niemiec, który mieszkał w tym domu, gdzie się ukrywałyśmy. Kiedyś przy wódce powiedział do mojego męża: „Ja nic nie muszę wiedzieć i widzieć, chociaż wszystko wiem”. Niemiec ten został zastrzelony przypadkowo koło młyna Krauzego, gdy pewnej nocy partyzanci zorganizowali obławę na donosicieli w naszym domu, a on im otworzył drzwi. Wiedziała też Ukrainka z naszego domu, kobieta, która mówiła do mojego męża, żeby się nie martwił, bo ona wie, co to znaczy być przesiedloną. Potem Niemcy wywieźli ją do Niemiec. Na Kalinowszczyźnie mieszkała też nasza znajoma, niegdyś służąca w żydowskiej rodzinie, która jeszcze przed wojną miała dziecko z synem swoich gospodarzy. Dziecko było bardzo podobne do swojego żydowskiego ojca. Nikt w dzielnicy nie wydał jej przez całą wojnę, chociaż ona nie ukrywała specjalnie tego dziecka. Czasami ta kobieta przychodziła do nas i podawała nam jedzenie. Ale były też i inne przypadki. U Niedźwiadków ukrywali się synowie właściciela garbarni, inżyniera Zylbersztajna. Mieli przy sobie walizkę złota i pieniędzy. Pewnej nocy Niedźwiadek, razem ze swoim szwagrem, zamordował ich i obrabował. Wtedy jeszcze nikt o tym nie wiedział. Wydało się to dopiero po wojnie. Szwagier Niedźwiadka popełnił samobójstwo, gdy wkroczyli Sowieci, a szczątki Zylbersztajnów odkryto dopiero podczas budowy nowego osiedla na Kalinowszczyźnie, gdy burzono dom Niedźwiadków. Wychodzić z kryjówki mogłyśmy tylko w nocy i to tylko na godzinę. Wychodziłyśmy do ogrodu. W nocy też, razem z Małką i mężem wypiekaliśmy bułki i pączki, które mąż odstawiał do piekarni. Bieda była straszna, a ja coraz bardziej załamywałam się psychicznie. W styczniu 1944 roku urodziłam syna. Przyprowadziliśmy księdza, który go ochrzcił i wypisał metrykę, ale syn nie mógł być ze mną, bo jak mój mąż wytłumaczyłby, że jako samotny kawaler ma dziecko. Początkowo oddaliśmy go do mojego teścia na Kośminek, gdzie ludzie śmiali się, że Ziemba na stare lata sprawił sobie syna, ale potem za bardzo się interesowano dzieckiem, więc wywieziono je do znajomych, do Sobianowic pod Lublinem. Na dwa miesiące przed wyzwoleniem wpadłam w depresję. Pewnej nocy wybiegłam z kryjówki, żeby rzucić się pod pociąg na torach przy ulicy Trześniowskiej. Pobiegł za mną mąż i mnie odciągnął, krzycząc, że Sowieci są już blisko i że muszę wytrzymać. A mnie było już wtedy wszystko jedno. W lipcu 1944 roku Sowieci zaczęli bombardować Lublin. Było jasne, że Kalinowszczyzna znajdzie się na linii frontu, więc postanowiliśmy wyjechać do Sobianowic. Siostra męża i mąż wynajęli furmankę na rzeczy. Nikt już nie zwracał uwagi ani na mnie, ani na Małkę. Niemcy uciekli z Lublina. Gdy wyszłyśmy z kryjówki, na skutek ciągłego leżenia odjęło mi nogi. Mimo niezadowolenia szwagierki mąż ulokował mnie na wozie. Wyzwolenie przesiedzieliśmy w Sobianowicach i potem już wszyscy wróciliśmy do Lublina.

Helena Ziemba

Jerzy Jacek Bojarski (red.), „Ścieżki pamięci”, Lublin 2002, s. 27-36.