Zahawo!

Paryż, 28 czerwca 1945

Mieszkanka lubelskiego getta, 1940 r., autor: Max Kirnberger. Fotografia ze strony Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl Oryginał fotografii znajduje się w Deutches Historisches Museum w Berlinie.

Mieszkanka lubelskiego getta, 1940 r., autor: Max Kirnberger. Fotografia ze strony Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl Oryginał fotografii znajduje się w Deutches Historisches Museum w Berlinie.

(…) 15 marca dostaliśmy rozkaz zameldowania się celem ostemplowania książeczek pracy. Co wróżą nowe stemple? Cudem udało mi się ostemplować książeczki wszystkich członków rodziny. Nikt nie został bez dokumentów zatrudnienia. Byłam szczęśliwa, że już zdążyłam wrócić do pracy. Dwa dni minęły bez osobliwych nowin. 17 marca 1942 roku byłam na nocnym dyżurze. Nagle o północy miasto dotychczas zaciemnione, zostało oświetlone. Co się stało? Skończyła się wojna? Z ulicy dochodzą krzyki i szlochy. Siostra przełożona telefonuje do wszystkich urzędów, ale nikt nie odpowiada. W szpitalu panika. Na moim oddziale - dwie konające. Pielęgniarki i służba potraciły głowę. Wyjście ze szpitala zabronione. Po godzinie wpadł zdyszany dr Holcberg, który mieszkał tuż przy szpitalu. Odważył się wyjść z domu, przeskakując przez płot. Z dzieckiem na ręku i z żoną, dotarł do nas. Robił wrażenie zbłąkanego. Chciałam mu ulżyć, wyjąć dziecko z rąk, ale nie dał. Przyciskał dziecko do piersi i krzyczał: „Nie oddam mego dziecka!”. Potem wpadł jakiś policjant żydowski z Arbeitsamtu. On też nie miał żadnych dokładnych informacji. O godzinie dziesiątej dostali rozkaz wykonania zwykłej łapanki na roboty. Nagle o północy zaskoczyło ich oświetlenie miasta i duża ilość Niemców i Ukraińców. O trzeciej nad ranem pierwsza wiadomość: Rada Gminy zaaresztowana, są pogłoski o wysiedleniu. W takim nastroju pracowałam do rana. Po dyżurze popędziłam do domu. U nas było spokojnie. Z rana ukazało się obwieszczenie. Wynikało z niego, że w mieście pozostaną tylko ci Żydzi, którzy posiadają stempel Sicherheitspolizei w swoich Arbeitsausweisach wraz ze swoimi żonami i dziećmi. Pozostali podlegali wysiedleniu. Przy wysiedleniach można było zabrać ręczny pakunek o wadze 15 kilogramów, wszystkie pieniądze i rzeczy wartościowe. Dla ciężko chorych, niezdolnych do transportu, należało urządzić izbę chorych. Lekarze i personel sanitarny ustanowić miała Rada Żydowska. Żydów, którzy podlegali wysiedleniu, należało przygotować do tego, że będą musieli chodzić pieszo około 3 kilometrów. Dziennie wysiedlonych miało być około 1400 osób. Wysiedlenia miały rozpocząć się od ulicy Unickiej. Żydzi, którzy pozostaną po wysiedleniu w opróżnionych mieszkaniach, będą zastrzeleni. Zmarłych należało natychmiast grzebać. Dokonano podziału na getto A i getto B. To drugie mieściło się w granicach Cyruliczej, Lubartowskiej i Kowalskiej. Tam zostali przesiedleni Żydzi z nowymi stemplami w książeczkach pracy, którzy mieszkali w trójkącie: Cyrulicza, Lubartowska i Kowalska oraz wszyscy członkowie Judenratu wraz z rodzinami. Służba porządkowa postawiona została do stałej dyspozycji Judenratu, o ile Niemcy nie postanowią inaczej. Ustalono nowe wejście do „lepszego” getta: od Podwala. Straciliśmy nowe mieszkanie, ale to nie było ważne, bo najważniejsze było załatwienie dla wszystkich ostemplowania książek pracy. Rodzice z dziećmi poszli mieszkać na Kowalską do mieszkania pani Kupermanowej, z Kupermanami, którzy mieli sklep z biżuterią, zegarami i platerami. W te ostatnie zaopatrywali się u Ojca. Znajomość z czasem przerodziła się w przyjaźń. Pan Kuperman z synem uciekł na wschód. Pani Kupermanowa pozostała w getcie z chorowitą córeczką. Teraz nie miały prawa pobytu w getcie, ale Kupermanowa myślała, że powróci. Chciała oddać swoje kosztowności na przechowanie. Powierzyła je naszemu Ojcu. Także my chcieliśmy coś ocalić. Wychodziłam z obstawionego getta, zdejmowałam opaskę i szłam na 1-go Maja, aby zabrać z domu wartościowe rzeczy. Ukrywałam je w szpitalu. Uważaliśmy szpital za twierdzę i ostoję bezpieczeństwa. Potem okazało się, że wszystko to było zbyteczne, a nasze iluzje - śmieszne. 17 marca wielu ludzi ukryło się w różnych skrytkach przed „łapanką”. Teraz ulice zostały zupełnie odcięte. Jedna znajoma w czasie akcji leżała chora na tyfus i nie mogła zejść ze schodów. Pozostała sama w opuszczonym domu. Po dwóch dniach, z narażeniem życia, dotarłam do niej, ale zastałam ją zupełnie obłąkaną. Nie przyjęła mojej „usługi”. Była w „innym” świecie. Akcje trwały bez przerwy w dzień i w nocy. Od widzimisię esesmana zależało życie. On mógł tolerować albo nie tolerować książeczki pracy. Ruch jego ręki na lewo czy na prawo decydował o ludzkim istnieniu. Policja żydowska w Lublinie nie brała czynnego udziału w akcji wysiedlania, to różniło ją od policji w innych gettach. W czasie akcji komendantem policji został mianowany Szama Grajer. Przed wojną Szama był „słynną osobistością”. Oficjalnie był fryzjerem, nieoficjalnie paskarzem i kuplerem. Nie pogardzał kieliszkiem. Z wybuchem wojny nie zmienił swoich nawyków. Kiedyś, po kielichu uderzył volksdeutscha. Za karę dostał się do więzienia na Zamku. Tam poczuł się dość dobrze w towarzystwie ludzi swego pokroju. Nawiązał stosunki z Niemcami, został wkrótce zwolniony. Zaczął współpracować z gestapo. Także jego „żona” Gołda była ważną osobą. Jej dom publiczny był często odwiedzany przez „ważne osobistości”: volksdeutschów, policję żydowską, Niemców. Z czasem Grajer zawarł spółkę z szubrawcami z łódzkiego getta, Kochenem i Hekerem, pracowali na terenie Warszawy. Złośliwe języki twierdziły, że przyczynił się do śmierci wspólników. Szama nie znosił konkurencji, pozbył się jej, gdy kumple próbowali działać na własną rękę. Zajmowali się we trójkę wywożeniem ludzi z getta do Warszawy za grube pieniądze. Szama był potrzebny. Miał swój dom i sztab ludzi. Dostarczał gestapowcom pieniędzy i kobiet. Sam był wyjątkowo przystojnym mężczyzną. W tej sytuacji poczuł się wyjątkowo pewnie, jak ryba w wodzie. Z każdym był za pan brat, ze wszystkimi rozmawiał per ty. Bez różnicy czy to prezes gminy, doktor, adwokat czy chasyd. Pieniądze i kontakty Szamiego miały niejednokrotnie pozytywne, choć chwilowo, wyniki. W getcie chwila często decydowała jednak o życiu. Mówiono, że Szama niektórym biednym pomagał za darmo. Jego żarty zyskiwały aprobatę u ludzi, których zapewne przed wojną on nie miałby odwagi nawet pozdrowić. Teraz pełen władzy, z miną pięknego bożka, kroczył po getcie, witając uściskiem dłoni każdego Niemca. Miał do dyspozycji telefon. Gdy ktoś dzwonił, zawsze słyszał: „Tu Gestapo Grajer”. W czasie akcji Grajer zadeklarował, że chce coś dobrego zrobić dla swych rodaków. Wygłosił przemówienie przed zebranym tłumem w bożnicy: „Serce go boli, po prostu nie może patrzeć na los biednych. On Szama chce im pomóc. Więc nawołuje do zrobienia listy nazwisk i wpłacenia 500 zł za „głowę”, a on zobowiązuje się dostarczyć porządne książeczki pracy. On, jako Lubelak, chce pomóc Lubelakom!”. Nikt nie wiedział, czy jego zamiary były prawdziwe. Szama dostarczył wprawdzie książeczki, ale nikt ich nie honorował. Kto wie czy Szama w tym wypadku sam był kłamcą czy okłamanym? W szpitalu przepełnienie. Ludzie starali się za wszelką cenę dostać na tę „wyspę bezpieczeństwa”. Nawet skrawek podłogi był dobry. Szpital był „zabezpieczony” - jak sądziliśmy - przez prawo międzynarodowe, więc Niemcy na pewno to uszanują. Czerwony Krzyż na dachu budynku był naszą Gwiazdą Nadziei. Po tygodniowej akcji wysiedlono szpital epidemiczny przy ulicy Cyruliczej razem z całym personelem. O godzinie czwartej nad ranem 27 marca 1942 roku przeznaczenie dotarło także do naszego szpitala przy Lubartowskiej. Po godzinie siódmej szpital miał być opróżniony. Zaczęła się segregacja na chorych posiadających Arbeitskarte i - bez. Potem chodzący chorzy i leżący. Nagle wszyscy „ozdrowieli”: „Nie jestem chory, ja mogę wstać!” - krzyczą w ostatnim wysiłku, a głowa bezwładnie opada z powrotem. Krzyki, wrzaski, każdy szuka ucieczki. Szpital okrążony przez Ukraińców. Przez otwarte okna na piętrze, gdzie znajduje się oddział położniczy, oprawcy wyrzucają noworodki, a za nimi wbija się w szczelnie zamknięte niebiosa, głos rozpaczy bezradnych matek. Pan Bóg odwrócił twarz od swego ludu? Dlaczego? Za co? Nikt nie wiedział i pojąć rozumem nie mógł! Zmuszeni zostaliśmy do noszenia na noszach chorych prosto do ciężarówek albo do dyżurki przy bramie. Wszyscy chcieli żyć! Ciężko chorzy zdawali sobie sprawę z sytuacji, w jakiej się znajdowali. Po prostu niewiarygodne, jakie w ciągu kilku godzin zaszły zmiany. Ludzie zamienili się teraz po prostu w kupę śmieci! Tę masę tylko cud mógł ocalić! Czasem jednak serce niemieckiego żołdaka zmięknie. O tym przekonałam się wraz z moją koleżanką po kilkugodzinnym pędzie w roli „karawaniarzy”. Na noszach spoczywał kolejny skazaniec, a pod nami nogi się uginały ze zmęczenia. Potknęłyśmy się o łóżko. Niemiec obserwujący naszą pracę zwrócił nam uwagę: „Ostrożnie, to także ludzie”. Z ledwością opanowałam chęć plunięcia mu w twarz. Chciałam wyrzucić z siebie tę masę goryczy, którą byłam przepełniona. Kto przeżył ten dzień wysiedlenia szpitala i nie osiwiał, nie osiwieje już nigdy! Po wysłaniu ciężko chorych przyszła kolej na selekcję chodzących chorych i personelu. Moja siostrzyczka Justynka była zameldowana na mojej karcie i cały czas była ze mną w szpitalu. Teraz stałyśmy obie w kolejce, a obok podtrzymywano czternastoletnią dziewczynkę z Hrubieszowa. Leżała przez długi czas w szpitalu, chora na gruźlicę kości. Teraz obejmowała mnie i prosiła: „Siostro Sujko, byłaś mi matką podczas choroby, teraz bądź mi podporą”. Za mną w kolejce pani Berkowa, sąsiadka z ulicy Skośnej, teraz w szpitalu z powodu złamanej ręki. Ręka w gipsie, ona prosi: „Sujko, na litość boską, tej dziewczynki nie możesz ocalić, opuść ją, osiemnaście lat byliśmy sąsiadami, pamiętasz? Zabierz mnie stąd!”. Pamiętałam sąsiadów z dzieciństwa, ale czy wolno zostawić samotną dziewczynkę? Cała czwórka poszła do kontroli. Fajgenbaumową przyłączyli do grupy lekko chorych. Dziewczynka skierowana była na ciężarówkę. Justynka pozostała ze mną. Pamiętam pielęgniarkę Kaufmanową. Stała w kolejce z jej jedyną piętnastoletnią córką. Rozłączyli je. Matka padła do nóg Niemca i prosiła, aby ich nie rozdzielać. Pod wpływem rozpaczy matki „zmiękło” serce niemieckie: pozwolił córce przyłączyć się na prawo do matki. Obie stały na prawo, obie były szczęśliwe. Matka ze szczęścia zwariowała na miejscu. Po prostu oszalała ze szczęścia, że są razem. Razem pomaszerowały do „Himmelkommando”, poszły do Nieba. Po tej akcji została mała grupa do uporządkowania szpitala i przygotowania go do przyjęcia nowych chorych „czystej rasy”. Szpital bez jęków, szpital bez chorych, szpital bez życia. Z każdego kąta spoglądały wystraszone oczy chorych, już nieobecnych. Echo naszych stóp odbijało się w pustych salach. Pozostały puste łóżka i ostry ból w pustym sercu. Gdzie jesteście? Wiadomości docierały różne, mówiono, że ciężko chorych wystrzelano na cmentarzu żydowskim i pochowano we wspólnej mogile. Co do reszty, wielka niewiadoma. Nie było sensu ukrywania się w getcie. Znowu zmiany kart. Tym razem „J. Karta”, dla najpotrzebniejszych Żydów, którzy „byli produktywni”. Wydano ich około 2500. Tyle miało zostać z liczącego na początku wojny 47-tysięcznego getta. Kontyngent „J. Kart” dla szpitala mały. Ojciec jako jedyny galwanizator w Lublinie, szczególnie że większość pracy wykonywał dla Niemców, spodziewał się, że otrzyma „J. Kartę”. Postanowił, że wszyscy przechodzimy na 1-go Maja 20, poza getto. Ojciec i siostra Lea [Łajka], która pracowała razem z nim, mogła być poza gettem w godzinach pracy, ale przyjaciele polscy pomagali im się ukryć, zamykając co wieczór drzwi wejściowe na kłódkę, którą potem zdejmowali z rana. Dzięki nim Ojciec nie był narażony na łapanki nocne, jakie były w getcie chlebem powszednim. Jednocześnie mógł mieć większy kontakt z ludnością polską, co miało duże znaczenie. Teraz przyłączyły się do nich: Mamusia, Rachelka i Justynka. Oczywiście w ukryciu. Hanka, moja starsza siostra, przebywała w Warszawie wraz z mężem Israelem Zelcerem. Prowadziła podziemną pracę w syjonistycznej organizacji „Gordonia”. Utrzymywała kontakt telefoniczny z Ojcem. Gdy stało się jasne, że Ojciec nie otrzyma „J-Karty”, byliśmy bez wyjścia. Szwagier nasz Zelcer z narażeniem życia przyjechał z Warszawy i przywiózł fałszywe przepustki na podróż koleją dla czterech osób. Kto jedzie? W ciągu minuty trzeba było podjąć decyzję… . Ja chciałam zostać albo jechać jako Polka, na co pozwalał mi dobry wygląd. Oponowała Łajka. Wprawdzie miała żydowską urodę, ale ona przez cały czas pracowała z Ojcem i wszyscy ją znali. Także jej narzeczony Srulik Zylberjach był wówczas aresztowany na Lipowej 7. Więc nie chciała opuszczać Lublina. Należy decydować szybko, więc decydujemy. Jadą: Mamusia, Rachela, Israel i ja. Mała siostrzyczka Justynka, podobna do mnie (typ aryjski) zostanie przeprowadzona do warszawskiego getta przez naszego przyjaciela Witolda Chajnowskiego. Przyszła chwila rozstania. Mój Ojciec, silny i dumny mężczyzna, całe życie pracował ciężko fizycznie, aby dać wychowanie i utrzymanie licznej rodzinie (6 córek), był teraz załamany. W gminie powiedziano mi, że on jest za stary. Miał 60 lat. W życiu nie miał dnia odpoczynku. Teraz nie mógł już być ostoją swojej rodziny. Zupełnie przygnębiony fizycznie i duchowo, żegnał się ze mną i prosił: „Ty Sujko, jedyna możesz być pomocą dla wszystkich, Hanka chorowita, a małe - za małe. Matka całe życie odbierała sobie od ust dla Was, zaniedbała siebie, teraz będzie Wam ciężarem. Tylko na ciebie liczę, dbaj o nią! Może jeszcze się zobaczymy, może otrzymam „J. Kartę”. Czuwaj nad Matką!”. Ostatnie spojrzenie. W bramie 1-go Maja 20 stoją pani Chojnowska, Łajka i Ojciec. W kierunku dworca ruszył Witek z Justynką. W pewnej odległości za nim: Mama, Israel, Rachela i ja. Ileż wspomnień mieści w sobie ten odcinek 1-go Maja od domu - do dworca. Był 4 kwietnia 1942 roku.

Tyle tym razem,

Sujka

Sujka Erlichman-Bank

Sujka Erlichman-Bank, „Listy z piekła”, Białystok 1992, s. 22-27.