Stare Miasto

Najpierw było słychać krzyki, strzały, a potem pojawiał się taki specyficzny szum. Dźwięczy mi on w uszach do dzisiejszego dnia. Odgłos szurających po bruku nóg i dźwięku rozmów, jak gdyby brzęczenie. (…) Wkrótce w dzielnicy żydowskiej, niegdyś tak gwarnej i pełnej ludzi, pozostały puste ulice, po których fruwały ogromne masy papieru i pierza.

Ulica Cyrulicza w okresie funkcjonowania getta, 1940 r., autor: Max Kirnberger. Fotografia ze strony Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl Oryginał fotografii znajduje się w Deutches Historisches Museum w Berlinie.

Ulica Cyrulicza w okresie funkcjonowania getta, 1940 r., autor: Max Kirnberger. Fotografia ze strony Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl Oryginał fotografii znajduje się w Deutches Historisches Museum w Berlinie.

O kolory Starego Miasta? Pamiętam tłum na ulicach, bruk i obskurne, odrapane, poobijane na dole domy, z grzybem. I nieczystości płynące środkiem rynsztoka, w dół Grodzką. To jest to co pamiętam. Pamiętam Grodzką z roku 1942 lub 1943. Nas z tego domu na ulicy Kalinowszczyzna wysiedlili. Najpierw wysiedlili wszystkich Żydów, a potem nas i dostaliśmy pożydowskie mieszkanie właśnie na Grodzkiej. I ta Grodzka była bardzo brudna. Taką ją pamiętam. To było mieszkanie kiedyś Grodzka 18 bez własnego wejścia, na 1 piętrze. Mieszkanie składało się z trzech izb: dużego pokoju od frontu, który miał 48 m. kw., drugiego ciemnego środkowego połączenia i wejścia z balkonu od podwórka, równie dużego - kuchni z wydzieloną ubikacją i tam już była woda. Jak myśmy się tam wprowadzili to w środkowym pokoju mieszkał kto inny. Ja z matką mieszkałam w pokoju od ulicy. W tym mieszkaniu były trzy schowki, dwa pierwsze znaleziono od razu - wyjmowana cegła w szabaśniku. Czy pani wie co to był szabaśnik? Ponieważ Żydom nie wolno było w szabas nic robić to w piecach były takie zamykane wnęki, gdzie chowało się ugotowane potrawy. W szabas się nie paliło, chyba że ktoś przyszedł podpalić. Więc gotowało się wszystko w piątek wieczorem i chowało w szabaśnik. I w środkowym pokoju, w piecu do ogrzewania był taki szabaśnik i w nim była wyjmowana jedna cegła i tam był schowek. Oczywiście, jak się wprowadziliśmy schowek był już pusty. Wszystko było puste. Niemcy wyrzucali z tych mieszkań wszystko i palili. Resztę rozszabrowali ludzie. Jak burzyli dzielnicę u stóp zamku, cała Ruska została wyburzona w ten sposób, w latach 40. przez Niemców. Myśmy się wprowadzili do zupełnie pustego mieszkania. Natomiast w tej części od ulicy bardzo długo nie wiedzieliśmy, że tam jest schowek dopóki moja matka między parapet a ścianę nie włożyła drutu, żeby ewentualne śmiecie wysunąć i okazało się, że ten parapet jest ruchomy. Był później wykorzystywany do innych celów. Ten schowek był nie do odkrycia, nawet podczas wystukiwania ściany. Schowek był też pusty. Tam mieszkali ci, co się najdłużej utrzymali. Ci co pracowali, lub ci najbogatsi, którzy mieli najwięcej pieniędzy. Ci, którzy doczekali do ostatniego etapu getta na Majdanie. Tam gdzie są obecnie Bronowice. Najpierw getto było duże, potem do Ruskiej, potem już tylko Stare Miasto. Był taki moment, że przez ulicę Grodzką był płot getta. Wzdłuż, nie w poprzek. Musiał być taki płot, bo nie było dojazdu na zamek. To był jedyny dojazd na zamek.

Likwidacja getta

Bardzo utkwił mi w pamięci okres likwidacji getta. Pierwsze getto było po obu stronach ulicy Ruskiej. Ruska była wtedy jedynym traktem łączącym centrum miasta z Kalinowszczyzną, która jest przecież bardzo starym lubelskim traktem [przedmieściem]. I mimo tego, że Niemcy już ogrodzili część Lubartowskiej, Ruska była ulicą otwartą. Tamtędy się chodziło. Pamiętam tych stłoczonych Żydów z gwiazdami Dawida na rękawach. Myśmy mieli trochę znajomych Żydów, którzy wychodząc poza getto zdejmowali opaski, ale ci którzy byli w getcie opaski nosili. Mówiło się, że jest rzeczą bardzo niebezpieczną chodzenie przez Ruską, bo mogą Niemcy potraktować, że ten kto jest na ulicy jest Żydem. Kiedy Niemcy zaczęli likwidować getto, zmniejszać jego powierzchnię, ktoś puścił plotkę, że tzw. domy Vettera, czyli właśnie te dwa domy, na owe czasy bardzo nowoczesne przy obecnym placu Singera - będą włączone do getta właśnie dla bogatych żydów. I Żydzi masowo wykupywali te mieszkania. W naszym domu zostało nas tylko osiem rodzin polskich, reszta mieszkań została wykupiona za grube pieniądze. Pewnego dnia Niemcy te domy otoczyli. Nas zamknęli w tych naszych mieszkaniach - przyszli z volksdojczem i dozorcą domu, który powiedział gdzie kto mieszka, nas zamknęli, a Żydom kazali zabrać, ile kto zdołał unieść, trzeba przyznać, że to byli naprawdę bogaci Żydzi, którzy ściągnęli do tych domów wszystko, kazali im zabrać, co byli w stanie ze sobą unieść, a resztę - przyszli i powybierali, co cenniejsze rzeczy. W tych domach do mieszkań wchodzi się z balkonów od podwórka i granatowi policjanci i jacyś chyba wynajęci ludzie wyrzucali przez te balkony resztę mebli, książek i podpalili na podwórku. Ponieważ ten dom miał z jednej strony lessową ścianę, w tej chwili już jej nie ma, i to podwórko to była studnia, i jak zaczęli palić te meble, książki, ja wielka miłośniczka książek z płaczem patrzyłem - pozwolili nam później wyjść na balkon - z płaczem patrzyłam, jak tam płoną książki. Straż stała z dwóch stron podwórka, żeby się dom nie zapalił. Musieliśmy szybko uciec z tego balkonu, bo tam był okropny żar. Okres likwidacji getta to jest dla mnie wspomnienie tej dzielnicy kiedyś tak pełnej ludzi - pustych ulic, po której fruwały ogromne masy papieru, kartek i pierza. Te ulice w okresie likwidacji getta, kiedy ścieśniono je tylko do Starego Miasta a potem nawet to Stare Miasto zostało zlikwidowane, to jest pusta dzielnica pełna fruwających papierów i pierza. To mi pozostanie jako wieczne jej wspomnienie. Tumany pierza, jak śnieg. I jeszcze jedno straszne dla mnie wspomnienie. Pod oknami naszego domu prowadzono Żydów na rampę do rzeźni. To się zaczynało około 10,11 wieczór. Zdawaliśmy sobie sprawę, że zaczyna iść ten pochód ponieważ zaczynały się krzyki, strzały, i w uszach do dzisiejszego dnia dźwięczy mi taki szum. Szum, bo to trudno nazwać inaczej. To był szum tych szurających po bruku nóg i dźwięku rozmów, brzęczenia jak gdyby. No i naturalnie krzyków, i naturalnie strzałów. Na ogół wczesnym rankiem, po takiej nocy, to było prawie noc w noc - jeździł taki wóz i zbierano tych którzy nie żyli. A któregoś dnia gdy szłam do szkoły, szkoła mieściła się w drewnianym budyneczku, stoi zresztą do dzisiaj, naprzeciwko ulicy Siennej, gdzie się kończy kirkut. I też będę tą cyfrę pamiętała do końca życia. Spotkałam 11 zwłok, jako dziecko po prostu liczyłam. Szłam do szkoły i liczyłam. A na wprost wejścia do naszego domu leżała na trotuarze dziewczynka, może moja rówieśnica, miałam wtedy 11 lat. Normalnie zwłoki były zakrwawione, a na niej nie było nic. Nie było śladu krwi. Pamiętam ją taką leżącą na ulicy, zwiniętą w kłębek, więc nie wiem do dzisiaj jak zmarła. Przeważnie to byli ludzi starzy. Ten obraz będzie mnie prześladował do końca życia.

Wiesława Majczakowa

Fragment relacji pochodzi z Archiwum Historii Mówionej Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.historiamowiona.tnn.pl