Śmierć czyhała na każdym rogu, na każdym zakręcie

Od razu po rozpoczęciu likwidacji polowano w mieście na Żydów. Wiele osób uciekło z getta bez żadnego planu, bez żadnych widoków ocalenia. Kręcili się oni po ulicach Lublina, otępiali z rozpaczy, zaniedbani i brudni. Niemcy wyławiali ich łatwo i odprowadzali na Majdanek.

Na ulicy Zamkowej, 1940 r., autor: Max Kirnberger. Fotografia ze strony Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl Oryginał fotografii znajduje się w Deutches Historisches Museum w Berlinie.

Na ulicy Zamkowej, 1940 r., autor: Max Kirnberger. Fotografia ze strony Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl Oryginał fotografii znajduje się w Deutches Historisches Museum w Berlinie.

Od razu po rozpoczęciu likwidacji polowano w mieście na Żydów. Wiele osób uciekło z getta bez żadnego planu, bez żadnych widoków ocalenia. Kręcili się oni po ulicach Lublina, otępiali z rozpaczy, zaniedbani i brudni. Niemcy wyławiali ich łatwo i odprowadzali na Majdanek. Znam historię dwóch sióstr Zygiel, które z dziećmi ukrywały się u pewnej Polki przez 2 tygodnie. Jakiś łotr dowiedział się o nich i zaczął szantażować Polkę i jej podopieczne. Musiały uciec i po długiej tułaczce spędziły jedną noc na schodach domu ich ojca przy ulicy Zamojskiego 23. Dozorczyni znalazła rano obie kobiety z dwojgiem małych dzieci na schodach prowadzących na strych. Wygoniła je, grożąc wezwaniem gestapo. Wyszły w jasne południe na ulicę, od razu zebrał się wokół nich tłum a gawiedź uliczna wołała: „Żydówki! Żydówki!”. Granatowy policjant odprowadził je na posterunek niemiecki. Wystarczyło, że ulicznik lub gazeciarz wskazał kogoś palcem i zawołał: „Żyd!”, a zaczynało się polowanie, które kończyło się zawsze ujęciem ofiary. Takie polowania odbywały się przez całą zimę 1942/1943, bo nieliczni tylko ocaleli, a większość rozeszła się bezładnie, jak mrówki i szybko ginęła. Doktór Płotkin ukrywał się wraz z żoną i dwoma synami w komórce u pewnej kobiety. Po kilku dniach kazała im odejść, bo bała się ich dalej ukrywać. Wtedy wszyscy czworo zażyli cyjankali, by skrócić swe beznadziejne cierpienia. Nawet jeszcze wiosną 1943 roku słyszałam opowiadanie o Żydówce, która urywała się w piwnicy na Kalinowszczyźnie, a znajoma przynosiła jej żywność. W końcu przestała dostarczać jedzenia ukrywającej się a ta z głodu poobgryzała sobie wszystkie palce. Wreszcie straciła przytomność i zaczęła głośno jęczeć. Ludzie wtedy wtargnęli do jej kryjówki i przygodny Niemiec dobił nieszczęśliwą. Opowiedziano mi też, że za Bramą Krakowską znaleziono na ulicy trzech zastrzelonych młodych Żydów. Pewien ślusarz z rzeźni miejskiej opowiedział mi, że prawie co dzień, jadąc o świcie rowerem do pracy widzi na ulicy trupy Żydów. Wiąż ktoś usiłował uciec, ale śmierć czyhała na każdym rogu, na każdym zakręcie. Krew nasza skropiła wszystkie kamienie bruków lubelskich, od jednego krańca miasta do drugiego. Kilka tysięcy mężczyzn i kobiet żyło i pracowało w rozmaitych miejscach odosobnienia. Szli oni wciąż ulicami Lublina w ordynku pod eskortą Ukraińców. Odbywały się rozmaite zmiany i translokacje. Widywałam również platformy i auta ciężarowe, którymi wywożono Żydów odzianych w pasiaki na roboty za miastem. Nieraz przechodziłam obok nich, pracujących przy rozbiórce zburzonych domów, przy kopaniu rowów, przy naprawie torów kolejowych. Zaglądałam im w twarze, szukałam męża lub kogoś bliskiego. Wśród tych nędzarzy o zarośniętych twarzach, w swych cienkich pasiakach drżących z chłodu, trudno było poznać dawnych ludzi.

„Akcja Erntefest”

Miałam nadzieję, że jednak ludzie w obozie przeżyją wojnę. Wiedziałam, że giną masowo z głodu, chłodu, chorób epidemicznych, ale liczyłam, że część jednak przeżyje. I ta nadzieja okazała się płonna. Dnia 3 listopada 1943 roku zabrano Żydów ze wszystkich placówek i poprowadzono ich ulicami Lublina na Majdanek. Wiedzieli, że jest to ich ostatnia droga, że ich młode jeszcze i zdrowe nogi stąpają po raz ostatni po bruku lubelskim. Kilku jeńców wojennych rzuciło się do ucieczki, gdy przechodzili ulicą Zamojską, ale zginęli od kul z automatów, przebiegłszy zaledwie kilka kroków. Polacy opowiadali, że Żydzi byli otoczeni tak gęstym kordonem Niemców i Ukraińców, że nie można było nawet marzyć o ucieczce. Słuchałam z udaną obojętnością i nikt z nich nie przypuszczał, nikt się nie domyślał, że moje serce krwawi i płacze, choć w oczach nie było łez. Nikt z opowiadających nie wiedział, że jestem Żydówką, że wśród tych, którzy poszli tego dnia na śmierć, znajduje się mój mąż. Była właścicielka ziemska pani Denychowa oburzyła się, że gdzieś jakiś Polak usiłował ukryć Żyda. „Żydzi - mówiła - są jak pluskwy - tępi się ich i wytępić nie można”. Musiałam słuchać i milczeć. Dnia 3 listopada 1943 roku zginęło na Majdanku 18 000 Żydów. Olbrzymi megafon wyrzucał w powietrze dźwięki walca Straussa „Nad pięknym, modrym Dunajem” a karabiny maszynowe kosiły ludzi. Ranni żywi i zmarli spadali do uprzednio wykopanych dołów. Na wiosnę 1944 roku, gdy Niemcy gorączkowo zacierali ślady swych zbrodni, spalono i te trupy. Okropny odór szedł ze strony Majdanka na miasto. Żyli wtedy jeszcze Żydzi, którzy pracowali dla Niemców w więzieniu [na Zamku]. Byli to pierwszorzędni wykwalifikowani rzemieślnicy, których niełatwo było zastąpić innymi. Tych zabito w ostatniej chwili, w lipcu 1944 roku, gdy czołgi sowieckie już toczyły się po szosie warszawskiej do Lublina (…) Z trzydziestu kilkutysięcznej ludności żydowskiej w Lublinie pozostało około 250 osób. Przeżyli oni ostatnie 2 lata na „aryjskich papierach” lub w ukryciu u polskich przyjaciół.

Ida Gliksztajn

Relacja pochodzi z zasobów Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, sygn. 302/91.