W każdym domu była warta

Ludzie nie rozbierali się miesiącami do snu, bo obławy nocne odbywały się coraz częściej. W każdym domu były schowki.

Mieszkańcy lubelskiego getta, 1940 r., autor: Max Kirnberger. Fotografia ze strony Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl Oryginał fotografii znajduje się w Deutches Historisches Museum w Berlinie.

Mieszkańcy lubelskiego getta, 1940 r., autor: Max Kirnberger. Fotografia ze strony Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl Oryginał fotografii znajduje się w Deutches Historisches Museum w Berlinie.

Ludzie nie rozbierali się miesiącami do snu, bo obławy nocne odbywały się coraz częściej. W każdym domu były schowki. Ludzie się prześcigali w pomysłach, budowano sztuczne piece (wewnątrz puste), podwójne szafy, podwójne ściany itd. W każdym domu była warta, która miała ostrzegać wszystkich, gdy się zacznie obława. Mimo to wywlekano wciąż nowe ofiary z kryjówek i co dzień inne kobiety biegały do Judenratu i używały wszelkich wpływów, by uwolnić swoich bliskich. Nieraz zbierał się przed Gminą tłum kobiet, które na znak protestu kamieniami wybijały wszystkie szyby. Więzienie lubelskie co kilka dni opróżniano a więźniów wywożono do Oświęcimia, Dachau, Hamburga. Robiono miejsce dla nowych. Armia niemiecka szła naprzód. Dochodziły do nas wieści o pogromach w Równem, Stanisławowie, Lwowie, o okrucieństwach, jakich historia ludzkości dotychczas nie znała. Litera V (Victoria) widniała na murach, w wystawach sklepowych, na kamieniach bruku ulicznego, nawet na beczkach do wywożenia nieczystości z miasta. Niemcy ryczeli na całe gardło, że odnieśli już zwycięstwo, buta i pycha zaćmiły im rozsądek. W Lublinie wyświetlano tej zimy film „Jud Süss”. Żołnierze niemieccy, wychodząc z kina, pałali nienawiścią do Żydów. Rozpraszali się po ulicach getta, kipiąc wściekłością, bili i tratowali, ciskali kamieniami wystawy sklepów i okna pierwszego piętra. Strach przykuwał ludzi do mieszkań, każdy się bał, by po wyjściu z domu nie wpadł za najbliższym rogiem w ręce oprawcy niemieckiego.

Początek „Akcji Reinhardt”

W nocy z 16 na 17 marca 1942 roku zaczęło się wysiedlenie. Doświadczone oko mogło na kilka dni przed tym poznać co się święci. Do obozu na Lipowej przywieziono kilkuset Ukraińców, o czym zawiadomili nas robotnicy pracujący tam w warsztatach. Gestapowcy po raz setny rabowali bieliznę w żydowskich mieszkaniach, bo trzeba było naprędce uszyć kilkaset opasek dla Ukraińców. Wspomnianej nocy otoczyli oni nie ogrodzoną część dzielnicy i zaczęła się selekcja. Posiadaczy dowodów pracy zostawiono, pozostałych łączono w grupy i zabierano. Dorosłe dzieci straciły rodziców, mężowie - żony i dzieci, bo karta głowy rodziny nie chroniła jej członków. Przepisy i prawa zmieniały się zależnie od dnia, humoru i widzimisię każdego oprawcy z osobna. Wysiedlenie Żydów lubelskich, które zaczęło się 17 marca 1942 roku było początkiem uplanowanej i konsekwentnie przeprowadzonej zagłady. W dzień posterunki niemieckie pilnowały, by Żydzi nie mieli swobody ruchu, nocami odbywało się wysiedlenie. Szły wieści, że w Lublinie zostanie tylko 14 tysięcy Żydów posiadających ostemplowane dowody pracy. 1 kwietnia 1942 roku Niemcy zlikwidowali szpital żydowski . Zajechali ciężarowymi autami przed szpital, załadowali na nie wszystkich chorych, położnice z niemowlętami, zdrowy personel szpitalny i pojechali w stronę Lubartowa. Na autach znajdowało się również 30 młodych zdrowych ludzi, których esesowcy wzięli z aresztu Arbeitsamtu przy ulicy Probostwo. Z tych wszystkich ludzi nikt ni pozostał przy życiu. Ludność okoliczna opowiadała, że Niemcy wszystkich zastrzelili, robotnicy musieli wykopać im wspólny grób, w końcu i ich zabito, by usunąć świadków zbrodni. W szpitalu znajdowało się wtedy wielu starszych ludzi, którzy umieścili tam swoje dzieci na te dni, pod pozorem choroby, bo uważano, że szpital jest azylem, którego gestapo nie tknie. Nie było miary naszej naiwności i niczym nieusprawiedliwionego optymizmu. (…) Ogłoszono, że wszyscy zatrudnieni mają się przenieść do małego getta, które obejmowało ulicę Grodzką z bocznicami, Kowalską, Rybną i prawą stronę Cyruliczej. Niezatrudnieni natomiast mają zostać na Cyruliczej (po lewej stronie), na Szerokiej i Lubartowskiej. Tym groziło natychmiastowe wysiedlenie. Nic dziwnego, że wszyscy się pchali do małego getta, przy bramie rozgrywały się dantejskie sceny. Żydowska Służba Porządkowa pilnowała porządku, ale platformy naładowane pościelą i sprzętami, wozy, wózki tworzyły zator, który stawał się z godziny na godzinę większy. Wszyscy jakby postradali zdolność jasnego myślenia. Na cóż się zda ta ucieczka z kąta w kąt, na co ta gra w chowanego, gdy siły są tak nierówne, gdy nikt nie ujdzie z góry wyznaczonemu losowi? (…) Getto już było ściśle zamknięte, właścicieli przepustek ostro kontrolowano przy wejściu i wyjściu. Brama znajdowała się na ulicy Kowalskiej. Stali przy niej Niemcy i Żydowska Służba Porządkowa. Co dzień było kilka trupów. To ktoś usiłował przedostać się bez przepustki, to ktoś przeszedł niewłaściwą stroną, to czyjaś twarz nie spodobała się po prostu Niemcom. Akcje odbywały się już na przemian w dzień i w nocy. Jak taka akcja wyglądała? Gmina otrzymywała najczęściej zawiadomienie, że na przykład o godzinie 13 rozpocznie się akcja, żeby więc był wtedy w pogotowiu oddział Żydowskiej Służby Porządkowej. O wyznaczonej godzinie kordon Niemców otaczał getto, inni szli po ulicach, domach, mieszkaniach, strychach, komórkach, piwnicach i łowili ludzi. „Haben sie Jot?” - pytali. Kto nie mógł pokazać posiadanej legitymacji, musiał przyłączyć się do coraz bardziej rosnącej grupy innych skazańców. Nie wolno było nikomu ukazać się w oknie. Jeśli gestapowiec zauważył kogoś przyglądającego się tym scenom na ulicy, zabierał go do transportu mimo posiadanego „jotu”. Do opornych strzelali. Po każdej akcji zostawało na ulicy kilka trupów. A pozostali ludzie przechodzili obojętnie obok zmarłych, tak jakby to była najnaturalniejsza rzecz pod słońcem.

„Musterghetto”

Akcja już trwała czwarty tydzień. Coraz trudniej było zebrać kontyngent. Zdeterminowani ludzie kryli się uporczywie w lochach, które na ulicy Grodzkiej ciągnęły się pod wszystkimi domami. Wiele było piwnic na dwa piętra w dół, coraz trudniej było Niemcom znaleźć swoje ofiary. Orientowali się według liczby wysłanych, że plan nie został wykonany, że w getcie jest kilka tysięcy Żydów więcej, niż oni mają zamiar zostawić. Mówiono, że rozdali około czterech tysięcy „jotów” wliczając w to kobiety i dzieci. Trzydzieści tysięcy ludzi należało usunąć. Niemcy łapali, Żydowska Służba Porządkowa łapała, Komisja Sanitarna współdziałała, ale to wszystko było za mało. Ludzie rozłazili się jak mrówki, po wetknięciu kija w mrowisko. I coraz dłużej trwały akcje i coraz mniejsze partie szły do synagogi. Wtedy prześladowcy wpadli na nowy pomysł. Przy szosie prowadzącej z Lublina do Piask znajdowała się maleńka osada Majdan Tatarski. Obok była lubelska fabryka samolotów firmy „Plage Laśkiewicza”. Osadę Niemcy podzielili na dwie części: bliższa do miasta została nienaruszona, dalszą otoczyli podwójnym parkanem z drutów kolczastych i przeznaczyli na getto, dla nas. Majdan zamieszkiwali robotnicy zakładów lotniczych i pobliskich fabryk i garbarń. Ludzie osiedli tu od lat pobudowali sobie domki, założyli ogródki i trzymali żywy inwentarz. Teraz kazano im te domki opuścić i przenieść się do opustoszałych mieszkań żydowskich na Lubartowskiej i innych ulicach getta. Płakali, rozpaczali, niszczyli ze złości domy, wyrywali młode drzewka zasadzone własną ręką, ale to nic nie pomogło. „Befehl ist Befehl” [„rozkaz to rozkaz”] - oto istota hitlerowskiej duszy i teutońskiej mentalności. Szczęśliwi posiadacze „jotów” mieli się przenieść na Majdan Tatarski z meblami, pościelą i naczyniami. Przeprowadzka miała trwać trzy dni. Pierwszego dnia mieli się przenieść Żydzi zatrudnieni u Niemców, drugiego dnia - urzędnicy gminni, trzeciego - reszta, która z jakiegokolwiek innego tytułu posiadała „joty”. Pomysł był zupełnie prosty. Uprawnieni do życia będą na Majdanie Tatarskim, skazańcy zostaną w getcie, skąd już łatwo będzie ich wykurzyć. Realizacja wyglądała jednak trochę inaczej. Na Majdan przenieśli się wszyscy: i uprawnieni i nieuprawnieni. Ludzie uciekali z jednego wąskiego zaułka do drugiego. Posiadacze „jotów” kryli i osłaniali tych z rodziny, którzy ich nie mieli. Każdy ukrywał to starą matkę, to starego ojca, to sieroty po siostrach i braciach, którzy już poszli na zagładę. Był to piątek, dzień 17 kwietnia 1942 roku. Jeden z pierwszych dni wiosny, słońce świeciło jasno, ciepły wiosenny wiatr przynosił zapach ziemi wyzwolonej z oków zimy. W sercu budziła się tęsknota, która co rok napełniała dusze ludzkie świeżym pragnieniem szczęścia i życia. Już o świcie wyruszyły pierwsze furmanki, na których piętrzył się nasz dobytek. Później ciągnęły długim sznurem przez ulice Nową, Królewską, Zamojską, za mostem skręcały w Fabryczną i dojechały do bramy getta otoczonego podwójnym drutem kolczastym. Niemcy zapewniali naszych przedstawicieli, że będzie to „Musterghetto”, że Żydzi z całej Polski będą nam zazdrościć. (…) Po ulicach osiedla snuli się ludzie cierpiący i zrozpaczeni, co krok spotykało się ludzi starszych, z brodami (do pasa), którzy płacząc głośno opowiadali o swoich stratach przygodnie spotkanemu znajomemu. Męczył nas wieczny strach przed następnym wysiedleniem bo wiedzieliśmy, że na tym nie koniec. Nie było mieszkań, a ludzi wciąż przybywało z Warszawy, z miasteczek, ze wsi, z „aryjskiej części” Lublina. Fama niosła, że my jesteśmy bezpieczni, że Majdan jest azylem, ustanowionym przez Niemców. Getto było otoczone podwójnym rzędem pali, połączonych drutem kolczastym. Obok bramy pełnili straż Niemcy, policja granatowa i Żydowska Służba Porządkowa. Między obu rzędami drutów przechadzały się posterunki, ale mimo to, do getta stale przedostawali się nowi ludzie. Nie mieli „jotów”, więc leżeli zawsze ukryci. (…) Przez cały dzień uliczki getta były jak wymarłe. Dopiero przed wieczorem, gdy robotnicy wracali z placówek, wszyscy wylegali na dwór. Place i ulice roiły się od gwarnego, podnieconego tłumu. Trzeba było dowiedzieć się, co zaszło nowego, co ten lub ów Niemiec powiedział „swemu” Żydowi, co mówią radni itd. Hipotezy odgadywania i ten wieczny optymizm żydowski, ta wieczna wiara w cuda. Wojna potrwa do lipca, nie dłużej. Jeśli przetrwamy do grudnia, nic złego nas już nie spotka itd. Po chwili znów ktoś dobrze poinformowany opowiada, że Kremin zaprosił Niemców na pijatykę i Worthoff powiedział, że wszyscy Żydzi muszą zginąć. I znów skurcz koło serca, znów czarna rozpacz ogarnia wszystkich. (…) Choćbym napisała cały tom, nie zdołam oddać tego gnębiącego uczucia niepokoju, które nam towarzyszyło przez cały czas pobytu na Majdanie. Wystarczyło, żeby ktoś przebiegł ulicą, by zewsząd zabrzmiały pytania: „Co się stało? Niemcy są?” itd. Nerwowe napięcie nie opuszczało nas ani na chwilę. Wiedzieliśmy, że likwidują ośrodki żydowskie w jednym miasteczku po drugim, w jednej wsi po drugiej. Kilka razy dziennie widzieliśmy partie Żydów prowadzonych na Majdanek, widzieliśmy, że stosy odzieży na olbrzymim podwórzu PZL [Polskich Zakładów Lotniczych] rosną. Od rana do nocy snuli się ukradkiem dookoła getta Żydzi z całego powiatu, wyrzuceni ze swoich domów. Tylko bardzo nielicznym udało się na razie umknąć przed Majdankiem, ale dokąd pójść, w którą stronę się udać? Wszystkie drogi były przed nami zamknięte, wokoło był wrogi, bezlitosny świat: prześladowcy z urzędu i prześladowcy z zamiłowania. (…) Padały deszcze, uliczki getta pokryły się gęstym, lepkim błotem, w którym grzęzło się po kostki. Dni były coraz krótsze, było coraz ciężej, coraz nieznośniej na duszy. Ci, co stracili swoich bliskich w kwietniu 1942 roku przez całe lato szukali ich śladów. Wysyłali Polaków a nawet Niemców, którym drogo płacili za poszukiwania. Łudzono siebie i innych. Ktoś opowiadał o liście, drugi o fotografii, którą miał otrzymać. Mimo wszystkich widomych znaków, trudno było uwierzyć, że nigdy już nie powrócą. A tymczasem kości och już bielały w krępieckim lesie. Jesienią nadzieje te osłabły, coraz mniej opowiadano cudownych historii o obozach, w których kobiety pracują spokojnie i o zakładach dla dzieci, urządzonych przez Niemców. O święta naiwności nasza!

Ucieczka

W niedzielę, 8 listopada 1942 roku wrzało w getcie. Wiedzieliśmy, że dzisiejszy dzień przejdzie spokojnie, ale co nam przyniesie jutro? Ludzie biegli od jednego „machera” do drugiego i zasięgali języka, co robić. Czy to już naprawdę koniec, czy tylko jeszcze jedna akcja. I znajdowali się tacy, którzy rozmyślnie czy też nieświadomie łudzili innych, że już się nic nie zmieni. Tej niedzieli panował niepokój większy niż zwykle. Jednak nikt nie uświadamiał sobie, że straszna godzina jest tak bliska, że łapa niemiecka już, już chwyta nas za gardło. Chciałam pójść na noc do znajomych w mieście, ale mąż i syn się sprzeciwiali. Córeczki nie było i tak mi było tęskno za nią, rzuconą samotnie do obcego domu i do tak odmiennego środowiska. Wciąż mówiłam, że mam puste ramiona, tak strasznie źle i ciężko mi było. Gdy wróciłam przed wieczorem do getta, zatrzymał mnie przy bramie znajomy z Żydowskiej Służby Porządkowej i powiedział: „Widzę, że ostatnio chodzisz tam i z powrotem. I czego się miotasz, czego szukasz? I tu śmierć i tam śmierć, wszędzie nas czeka śmierć. Nic na to nie poradzisz, musimy zginąć”. W pięć dni po tym zginął od kuli Ukraińca. W poniedziałek, dnia 9 listopada 1942 roku, o godzinie trzeciej nad ranem obudziła mnie siostra. „Wstań, jakiś ruch jest w getcie”. W ciągu kilku minut ubrałam się i wyskoczyłam do ogrodu. Patrzę, nic nie widać, tylko gdzieniegdzie słychać było skrzypnięcie drzwi i szczekanie psa dochodzące z chaty poza drutami. Weszłam na dach komórki przylegającej do płotu, popatrzyłam w stronę miasta. Cicho, ciemno, widocznie fałszywy alarm. Nie wiem co mnie pchnęło, może mną kierował jakiś ślepy instynkt. Nagle, bez zastanowienia wykonałam olbrzymi skok z dachu i padłam między dwa rzędy drutów. Ogłuszona leżałam kilka chwil, potem przelazłam przez drugi rząd drutów i puściłam się biegiem między najbliższe chaty. Jakiś pies zaczął gwałtownie ujadać, ktoś wyszedł z chaty, przylgnęłam do ściany chałupy i wstrzymałam oddech. Znów ucichło, stanęłam i zastanawiałam się nad moją lekkomyślnością. Rzuciłam wszystkich i wszystko i bez najmniejszego powodu narażałam życie, przebywając po godzinie policyjnej poza gettem. A jak z rana wrócę? Przez bramę mnie nie wpuszczą i będą dochodzili gdzie byłam itd. Postanowiłam poczekać aż się rozwidni i wrócić tą samą drogą. Nie wiem jak długo stałam za chatą. Słyszałam głosy ludzi śpiących w chacie, ich pokasływanie i chrapanie. I znów myślałam o tym samym, co zwykle. I oto ludzie spokojnie śpią, rano wstaną do zwykłych, codziennych obowiązków, a tylko my jesteśmy tacy nieszczęśliwi. Od strony getta nie dochodził do mnie żaden głos. W myślach przeklinałam swój wybryk. Zaczęło świtać, zdjęłam opaskę i poszłam pierwszą ścieżką w stronę, jak mi się zdawało, miasta. Postanowiłam później zadzwonić do męża, żeby mi ułatwił powrót na Majdan. O kilkadziesiąt kroków ode mnie ujrzałam grupę kilku osób. Pierwszym moim odruchem było cofnąć się. W tej samej chwili odwrócili się jednak w moją stronę i zrozumiałam, że muszę iść naprzód. Znów jakaś niewidzialna siła podyktowała mi, co mam robić. We mgle nie rozróżniałam co to są za ludzie, ale wystarczyło mi przejść kilkanaście kroków, żeby zorientować się, że w grupie jest dwóch gestapowców i kilku Ukraińców. W następnej chwili zrozumiałam już wszystko: zamiast pójść do miasta, skierowałam się do getta, które zostało otoczone. Co kilka kroków stał Ukrainiec z bronią. Dookoła panowała cisza, piekło miało się rozpętać, kiedy się zupełnie rozwidni! Cóż, myślę, jestem zgubiona i idę w ich stronę. Gestapowiec zatrzymuje mnie. „Wohin?” [„Dokąd?”]. Pokazuję ręką miasto i mówię, że jestem bardzo chora i wstałam tak wcześnie, żeby pójść do doktora. Tłumaczenie było naiwne, ale nic innego nie wpadło mi na myśl. Nie mogłam powiedzieć, że idę tak rano na dworzec, bo wyskoczyłam z domu z próżnymi rękami. Gestapowiec kazał mi iść naprzód. Następny Ukrainiec zastępuje mi drogę. Mnie nogi niosą, by puścić się na przełaj do ucieczki, wprost czuję, że mają teraz własna wolę, ale siłą woli zmuszam moje własne nogi do posłuszeństwa. Staję i oglądam się na Niemca, niemym gestem prosząc go o pomoc. Podszedł do Ukraińca i huknął na niego. „Szto ty!”. Kazał mi iść ze sobą. Myślę, że na pewno mnie zaprowadzi do getta na posterunek, a właściwie nic już wtedy nie myślałam. Idę za nim wzdłuż drutów i patrzę na błotniste uliczki getta, na krzywe chaty, na zamknięte okiennice okna. Nad ranem ludzie tam śpią mocnym snem i nie wiedzą co ich czeka. Doszliśmy do skrzyżowania dróg, na lewo - do miasta, na prawo - do bramy getta. Stanął i wskazał mi drogę do miasta. „Pan Bóg zapłać” - wykrztusiłam. Powiedział mi później jeden Polak, że on by od razu poznał, że jestem Żydówką, bo Polka powiedziałaby: „Bóg zapłać”. To prawda, ale Niemcy nie mogli orientować się w takich subtelnościach. A więc jeszcze raz uniknęłam niebezpieczeństwa.

Likwidacja getta na Majdanie Tatarskim

O tym, co się działo w getcie, jak się likwidacja Majdana odbyła, dowiedziałam się później z opowiadań kilku osób, które ocalały. Ta jak zwykle, kazano wszystkim wyjść na plac. Jedni wyszli, inni ukryli się w uprzednio przygotowanych schowkach. Z placu zabrano wszystkich na Majdanek. Niemcy pozwolili do getta wrócić tylko ludziom z Żydowskiej Służby Porządkowej, której zadaniem było wykrywać bunkry i grzebać trupy. Na noc zamykano ich i trzymano pod strażą, by nie uciekli. Zastrzelili dra Altena z żoną i tych, którzy się udali pod jego opiekę. Komendantowi policji, Mańkowi Goldfarbowi kazali wejść na schody swego domu i strzelili do niego z tyłu. Likwidacja trwała do trzech tygodni, przez cały czas wywożono z getta meble, pościel, bieliznę, naczynia i artykuły żywnościowe. Coraz to odkrywano nowe schowki, wyprowadzane z nich osoby zabijano na miejscu. Słyszałam wiele wstrząsających opowiadań z ostatnich dni naszego getta. Wszystkich chorych w szpitalu zabito w łóżkach, również wielką liczbę niemowląt, które oddano do szpitala przed udaniem się na plac. Również nasze niemowlątko, dziesięciomiesięczną sierotę po bracie, widziano z przestrzeloną buzią, martwe. Matkę moją zabrano wraz z moim mężem i synem na Majdanek. Tylko siostrze udało się wydostać z getta. Niektórym ludziom udawało się tak długo ukrywać, że ginęli z głodu. Trzyletnia dziewczynka moich znajomych została sama w opustoszałym domu. Biegała po podwórzu i wołała: „Kurko, ratuj mnie, kogutku, ratuj mnie, ptaszki, ratujcie mnie”. Słyszała to jej matka w kryjówce, gryzła palce z rozpaczy. Nie pośpieszyła dziecku z pomocą, gdyż nie pozwolili jej na to pozostali współtowarzysze, żeby nie narazić wszystkich na śmierć. Sekretarz Gminy przekupił Ukraińca, żeby mu pozwolił wyjść, ale po złożeniu okupu został zastrzelony. Można by opisać setki rozmaitych tragedii, podać setki przykładów bestialstwa niemieckich i ukraińskich faszystów. Po ograbieniu domów z wszelkich co cenniejszych przedmiotów, podpalono getto. Część Majdana Tatarskiego, ta, w której mieszkaliśmy, poszła z wiatrem i dymem. Taki był koniec „Musterghetto”. SS-Oberscharführer Sturm z dumą się chwalił, że już 9 listopada 1942 roku wszyscy radni naszej Gminy byli w pasiakach. Odniósł chlubne zwycięstwo! Starców i dzieci stracono na trzeci dzień w komorach gazowych, mężczyzn zdolnych do roboty zatrzymano na rozmaitych placówkach, gdzie odtąd pędzili żywot więźniów obozów koncentracyjnych. Młode kobiety również pracowały: i na Majdanku i w Zakładach Lotniczych i na placu sportowym. Żydzi zatrudnieni w garbarniach, na Lipowej 7, u Kremina i na wszystkich innych placówkach zostali skoszarowani na miejscach swojej pracy. Warsztaty, obsługujące Niemców i gabinet dentystyczny Zajdensznyra, znajdowały się w więzieniu, gdzie również skoszarowano zatrudnionych w nich ludzi.

Ida Gliksztajn

Relacja pochodzi z zasobów Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, sygn. 302/91.