Lublin, to miasto mojego dzieciństwa i młodości

Zaprowadziłem ich przez Grodzką do Bramy Grodzkiej i chciałem im pokazać naszą dzielnicę, a nasza dzielnica, to były tylko kupki i górki, aż hen do młyna Krauzego. Oparłem się o karabin, gdyby nie oni, to bym się zastrzelił. Byłem gotów pociągnąć za cyngiel. Wtedy dzielnicę widziałem, mogłem ją narysować. Ulica Szeroka, ulica Zamkowa…

Ruiny dzielnicy żydowskiej - ulica Szeroka, 1943 r., autor nieznany. Źródło: zbiór Symchy Wajsa. Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl

Ruiny dzielnicy żydowskiej - ulica Szeroka, 1943 r., autor nieznany. Źródło: zbiór Symchy Wajsa. Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl

W 1939 roku wybuchła wojna, poszliśmy ze znajomymi chłopakami do komendy wojskowej, żeby nas zmobilizować. Miałem 20 lat. Powiedzieli: Czekajcie panowie, nie jesteście jeszcze potrzebni. Jak będzie potrzeba, to was wezwiemy. Niemcy weszli. Z Niemcami byłem trzy tygodnie. A Armia Radziecka stała 3 km od Lublina od strony Piask, i była mowa, że granica będzie na Wiśle. Okazało się, że granica będzie nad Bugiem. Prosiłem rodziców, żebyśmy uciekali, ale nie chcieli się ruszyć z tego majątku swojego, nędznego. Ja z trzema kolegami, poszliśmy niby do pracy. Codzienne spotykaliśmy się przy Bramie Krakowskiej i każdy rozchodził się do swojej pracy. Wynajęliśmy dorożkę i pojechaliśmy w tym kierunku, gdzie była niby niemiecka granica i posterunek graniczny Wohyń. Mówiliśmy, że jedziemy szukać masła. Pół kilometra dalej stały tanki rosyjskie. Wyobraźcie sobie chłopca z komunistycznym wykształceniem, jak widzi tanki rosyjskie. Po dwóch godzinach zabrano nas, tam było kilka tysięcy, przeważnie młodzież, mało dorosłych ludzi. Zabrali nas na piechotę do Piask - kilka kilometrów. Dostałem się do Chełma, z Chełma do Lwowa. We Lwowie byłem z 10, 12 dni. Co tu robić? Ja chcę widzieć Związek Radziecki. Była agitacja - wyjazd na roboty. Poszliśmy z kolegami i zapisaliśmy się. Chcę widzieć Związek Radziecki. We Lwowie jeszcze nie ma komunizmu. To jeszcze nie jest komunizm. Pracowałem na kopalni węgla w donieckim zagłębiu rok, potem skończyła się ta umowa niby. Pojechaliśmy do Połtawy, gdzie pracowałem w fabryce. W 40 roku wstąpiłem do Komsomołu. W 1941 roku, jak wybuchła wojna, poszedłem jako ochotnik do Armii Czerwonej. Liczyłem na wojnę cały czas. Jak wojna, to naprzód, na zachód, do Polski. I tak włóczyłem się w armii do 1944 roku. Od Wołgi do Pragi czeskiej. Ale do Pragi już wszedłem z wojskiem polskim. W 1944 roku prosiłem, zbliżamy się do Polski. Chcę być w swoim wojsku. Udało się mnie i jeszcze trzem chłopakom. Nie tym z Lublina. Jak zapamiętałem dzielnicę żydowską? Teraz już nic nie pamiętam. Ale wtedy jak weszliśmy do Lublina z piątą dywizją, staliśmy tu kilka dni, to wyszedłem z żołnierzami na garnizonówkę, bo chciałem im pokazać naszą dzielnicę. Garnizonówka stała na Majdanku, a ja nie wiedziałem, że to był obóz śmierci. Po latach dowiedziałem się, gdzie mój 17 pułk stanął. Zaprowadziłem ich przez Grodzką do Bramy Grodzkiej i chciałem im pokazać naszą dzielnicę, a nasza dzielnica, to były tylko kupki i górki, aż hen do młyna Krauzego. Oparłem się o karabin, gdyby nie oni, to bym się zastrzelił. Byłem gotów pociągnąć za cyngiel. Wtedy dzielnicę widziałem, mogłem ją narysować. Ulica Szeroka, ulica Zamkowa. Od 1941 do 1947 roku byłem żołnierzem. Dopiero w 1947 dostałem stopień oficerski, bo chciałem iść na szkołę, znaczy - nie odmówiłem. A tak zawsze odmawiałem. Mogłem iść na szkołę tankistów w Rosji, w Czerwonej Armii, mogłem iść do szkoły artyleryjskiej, mogłem iść na lotnictwo. Mogłem iść. I nieraz patrzali na mnie jak na wariata. Ile miałem wówczas lat? 22, 23. A dlaczego to robiłem? Bo byłem pewny: jak będę oficerem w wojsku rosyjskim, zostanę w Rosji. A ja chciałem wrócić do Polski, wrócić do rodziny, do kraju swojego. To była przyczyna. Prosta. I mówiłem im. Kiedy już w 1944 roku, jak już miałem dwa razy odmówione przejście do wojska polskiego, to zastępca dowódcy mego pułku, 87-ego - ja wiedziałem, że on był ranny, on miał czaszkę tutaj zasłoniętą srebrem i jakieś sztuczne włosy - i kiedy prośba moja i jeszcze dwóch chłopaków z Polski doszła do niego, że chcemy, żeby nas przenieśli do wojska polskiego, to zawezwał nas i mówił: „Powiedzcie mi prawdę, dlaczego chcecie iść do wojska polskiego?”. Ja mu mówiłem. Drugi był trochę starszy ode mnie i on był członkiem partii przed wojną. Ja byłem tylko w młodzieży, on był członkiem partii. To mówił, że: „Ja chcę wrócić do rodziny, do mojego miasta”, a ja mówiłem to samo: „Ja chcę wrócić do Polski, chcę... może zobaczę co z rodziną jest”. To on powiada nam: „Wy jesteście Żydami i wy chcecie wrócić do polskich panów?”. I zaczął z nami mówić po żydowsku. Okazuje się, że to był Żyd. I on mówi: „Dzieci, po co wy jedziecie do Polski? Zostańcie tutaj, ożenicie się, utworzycie rodziny”. Jednak mówiliśmy mu: „Nie chcemy założyć rodziny tutaj, chcemy tylko iść do wojska polskiego”. I on nam podpisał, cała trójka: Uszer, Fuksik i ja. I wszyscy poszliśmy do wojska polskiego. Jak weszliśmy do Lublina to Uszera zaraz partia znalazła. Jak? Zabij mnie, nie wiem. I go wyciągli z wojska i wzięli go do pracy, gdzieś partyjnej w Lublinie. Z Fuksikiem poszliśmy dalej, aż doszliśmy do końca wojny. Demobilizowałem się 31 grudnia 1945 roku. Pojechałem do Poznania. Dowódca batalionu rozmawiał ze mną. Po co pojedziesz do Lublina. Widziałeś, tam nie ma nikogo. Znowu dostałem się do wojska. Do Korpusu Bezpieczeństwa Publicznego. Widziałem, że to nie jest dla mnie. Zacząłem się uczyć. Zapisałem się na uniwersytet w Poznaniu. Ukończyłem studium nauk społecznych. Przeniosłem się do szkolenia, do szkoły podoficerskiej w Poznaniu, a z Poznania w 1953 roku przenieśli mnie do akademii w Legionowie. W 1956 roku była możliwość odwiedzać Związek Radziecki. I dowiedziałem się od ciotki z Ameryki, że kuzynka jest w Umaniu. Kuzynka, która była komunistką siedziała w więzieniu. W 1939 roku złodzieje pospolitacy otwarli te cele komunistów, bo policja ich nie wypuściła. I powiedziałem żonie: muszę pojechać do kuzynki. Ona weszła do więzienia w 1935 roku, miała zasądzone 15 lat. Przyjechałem do Umania na dwa miesiące. Po dziesięciu dniach poszedłem na milicję i prosiłem paszport z powrotem, chcę jechać do domu. Zaczęły się pytania, co u nas się panu nie podoba. Nie jest dobrze tutaj? Powiedziałem, że żona zachorowała i muszę wracać. Trzy dni czekałem na paszporty i wróciłem. Co było przyczyną? Zoologiczny antysemityzm. Na każdym kroku. W Umaniu i po drodze. W wagonach, w kolei. Wróciłem, a wówczas już Żydzi jechali na wycieczki do Izraela. Po Gomułce, on zezwolił. Wracali i opowiadali historie nie z tego świata. Co za piękny kraj, co za piękni ludzie. Zaczęli jechać. Ja wracając wszedłem w nocy z dworca do domu i powiedziałem do żony: Edziu jedziemy do Palestyny. Nie miałem zielonego pojęcia co to jest Izrael, co to jest żydostwo. Pojedziemy, niech będzie co będzie. Jeden z moich przyjaciół z wykładowców, którego jeszcze znałem z Poznania, chrześcijanin, choć nie tak bardzo wierzący - bywaliśmy często u siebie - powiedział: Marian, jak coś się stanie, jak zechcesz, to Nadziejka - nasza córka- jest u mnie. Na tyle była sytuacja groźna. I tak wyjechaliśmy z trójką dzieci do Izraela. Lublin, to miasto mojego dzieciństwa i młodości. Tu się urodziłem w kamienicy przy ulicy Lubartowskiej 61. Później mieszkaliśmy przy ulicy Karmelickiej. Pozostały mi w pamięci niektóre obrazy z beztroskich lat dzieciństwa: jazda na łyżwach na specjalnie utworzonym lodowisku na placu Unii Lubelskiej, tor saneczkowy w Ogrodzie Saskim, pobliska cegielnia na Lemszczyźnie – obiekt dziecięcego zainteresowania. Z ciekawością przyglądałem się pracy konia, który chodząc w koło, poruszał kierat mieszający glinę na cegły. W okresach przerw w wypalaniu cegieł, kiedy olbrzymi piec był już chłodny, bawiłem się z kolegami w chowanego w zaułkach „zaczarowanych labiryntów”. Z balkonu naszego mieszkania przyglądałem się pogrzebom chrześcijańskim i żydowskim, które przechodziły ulicą Unicką na sąsiadujące ze sobą cmentarze. Pamiętam, że jeszcze jako podrostek często odczuwałem niezrozumiałe dla mnie przygnębienie… . Czy były to może złe przeczucia? Życie przecież było tak beztroskie i szczęśliwe.

Marian Milsztajn

Relacja pochodzi z Archiwum Historii Mówionej Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.historiamowiona.tnn.pl oraz publikacji „Ścieżki pamięci”, Jerzy Jacek Bojarski (red.), Lublin 2002, s. 63-72.