Mieszkania były opróżniane a zawartość palona

(…) Po zakończeniu wojny to te ruiny były uprzątane, bo przecież pod Zamkiem powstał tzw. Plac Zebrań Ludowych, gdzie powstały nowe kamienice. Tam były pozostałości tych zrujnowanych budynków pożydowskich, ale potem to usunięto całkowicie i wybudowano w takim półkolu.

Widok ze Wzgórza Czwartek na Plac Zamkowy i Stare Miasto, 1954 r., autor nieznany. Źródło: Urząd Miasta Lublin. Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl

Widok ze Wzgórza Czwartek na Plac Zamkowy i Stare Miasto, 1954 r., autor nieznany. Źródło: Urząd Miasta Lublin. Archiwum Fotografii Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.tnn.pl

Polacy, którzy tam byli [na Podzamczu, po likwidacji getta] poszukiwali jakiś rzeczy wartościowych, więc zdarzały się jakieś - powiedzmy - lichtarze srebrne, czy jakieś talerzyki, czy jakieś kubeczki ze srebra. Natomiast było bardzo mało takich rzeczy małowartościowych. Powiedzmy, były tam jakieś lichtarze posrebrzane. To wszystko się poniewierało. Poniewierały się książki. Na żydowskie książki nikt nie zwracał uwagi, bo po prostu jeśli ktoś zobaczył polską książkę, to mógł [ją] zabrać. Jeszcze jakieś obiekty kultu: tory nawijane na takie dwa wałki, przewijane z wałka na wałek, ręcznie pisane na pergaminie, czy szale. To wszystko się poniewierało po ulicy. Przecież to były wartościowe rzeczy, ale to nikt tego nie doceniał, bo ludzie nie znali przecież języka, więc się tym nie interesowali. Ale były też mieszkania nie opróżnione z rzeczy. Ludzie tam chodzili - Polacy, i jeżeli coś znaleźli wartościowego to zabierali z tych mieszkań. Także częściowo te mieszkania były opróżniane a zawartość palona, a częściowo były pozostawione. Zresztą były też budynki wyburzane wg pewnego planu. Ulica Szeroka była wyburzona, czy tereny pod Zamkiem, przy ulicy Ruskiej też część domów była wyburzana. Z tym że wyburzanie było przeprowadzane przez jeńców polskich pochodzenia żydowskiego. Oni chyba mieszkali w barakach na Lipowej i byli początkowo traktowani chyba zgodnie z Konwencją Genewską, tzn. chodzili w mundurach. Nawet nie byli pilnowani (bez eskorty). I przychodzili rano i wyburzali te domy, tzn. kilofami rozbijali mury, czy też za pomocą traktora zwalali mury, jakieś liny zaczepiali stalowe. Także to przez dłuższy czas trwało - szczególnie w lecie 1942 roku.

Ruiny, nic więcej

To wszystko zostało zrujnowane do fundamentów, [dzielnica żydowska na Podzamczu] albo pozostawały też czasem budynki zdewastowane z wybitymi szybami, ale właściwie nie wyburzone. Taki budynek był np. przy ulicy Ruskiej. Nikt tam nie mieszkał, ale budynek pozostał. Chyba później został wyburzony. Bo później po zakończeniu wojny to te ruiny były uprzątane, bo przecież pod Zamkiem powstał tzw. Plac Zebrań Ludowych, gdzie powstały nowe kamienice. Tam były pozostałości tych zrujnowanych budynków pożydowskich, ale potem to usunięto całkowicie i wybudowano w takim półkolu od ulicy Kowalskiej do trasy Tysiąclecia. Niektóre budynki wysadzono w powietrze. Pamiętam, że na ulicy Ruskiej te domy, które były po stronie Czwartku pod tym nasypem, to też kiedyś wysadzili w powietrze saperzy, bo ludność ostrzeżono, żeby się oddaliła. Potem były eksplozje i niewiele, ale kilka tych kamienic zostało wysadzonych materiałami wybuchowymi. Zresztą tak jak napisałem w swoich wspomnieniach mało nie zginąłem, bo obserwowałem to z drugiej strony ulicy Lubartowskiej. Po tej eksplozji spadła szyba za moimi plecami, a gdyby spadła mi na głowę, to chyba by mi przecięła czaszkę, bo szyba pionowo leciała z drugiego piętra. Także pamiętam, właśnie ten moment eksplozji. Ale przeważnie to była ręczna rozbiórka. Pamiętam, że jak ściana stała, to zarzucano linę, traktor pociągnął i zwalił tą ścianę.

Otrzymaliśmy pismo, że możemy wracać do naszego domu

Do końca stycznia 1943 roku [mieszkałem na ulicy Targowej], bo wtedy otrzymaliśmy pismo, że możemy wracać do naszego domu na Majdanie Tatarskim. 1 lutego mieliśmy dopiero zezwolenie na udanie się na Majdan Tatarski, bo niby było ogrodzone to getto, ale właściwie już nie było pilnowane przez dłuższy czas. Ale myśmy po prostu nie wiedzieli, że można się już tam udać. Dopiero jak dostaliśmy to pismo, które tutaj przekazałem, dopiero wtedy 1 lutego poszliśmy od razu piechotą z matką, żeby zobaczyć jak tam jest, uporządkować to mieszkanie. Getto [na Majdanie Tatarskim] zlikwidowano w listopadzie [1942 r.]. To przez część listopada, przez grudzień, styczeń te mieszkania stały, nie były pilnowane już przez Niemców i ludność z okolicy tam buszowała, sąsiedzi z drugiej strony drutów, a może nawet z dalszych okolic mogli przychodzić. Szyby były wybite chyba przez sąsiadów. W mieszkaniu poniewierały się jakieś rzeczy po tej ludności żydowskiej przesiedlonej - już nie pamiętam nawet co, bo jeżeli tam było coś wartościowego to sąsiedzi zabrali. Przecież przy tym przesiedlaniu ci ludzie nie mogli wiele rzeczy zabrać ze sobą, pozabierali tylko te najpotrzebniejsze. Więc na pewno sporo zostało w tych mieszkaniach. Ja się rozglądałem za książkami na przykład. Można było znaleźć polskie książki. Znalazłem „Słownik wyrazów obcych”, który mi się bardzo przydał, bo tam potem wiele haseł czytałem, poznałem z tego słownika.

„Powiedzcie kto, bo rozstrzelamy wszystkich”

Mi się zdaje, że część ludności ocalała. Ja jestem ciekawy np. jeżeli chodzi o tą moją koleżankę i kolegę z klasy. Przypuszczam, że są w Izraelu organizacje z poszczególnych miejscowości w Polsce; ziomkostwa. Ciekawe, może ktoś ocalał. To były tragiczne historie. Mama mi opowiadała, że rodzina jej znajomej, polska rodzina, przyjęła dziewczynkę Żydówkę, może czteroletnią, żeby ją ocalić. Ale ta dziewczynka nie trzymała się domu tylko chodziła po okolicy, no i tam gdzieś poszła do jakiś innych dzieci. Tam zachęcali ją, żeby coś zaśpiewała i ona zaśpiewała żydowską piosenkę. I ktoś z tych Polaków ją po prostu wydał Niemcom. Ta dziewczynka zaprowadziła Niemców do tej polskiej rodziny. Niemiec zebrał tą polską rodzinę i zapytał, kto przyjął tą dziewczynkę, tą Żydówkę i ją tutaj ukrywa. Nikt się nie przyznawał, więc on powiedział tak: „Powiedzcie kto, bo rozstrzelamy wszystkich”. I jedna z tych córek tego gospodarza przestraszyła się i powiedziała: „Przyznaj się, bo nas wszystkich zabiją”. No to zabrali właśnie tego mężczyznę i on zginął na Majdanku. Także takie były sytuacje. Jeszcze jedną taką sprawę pamiętam - więzień z Majdanka w pasiakach uciekł w czasie przeprowadzania i schował się między domami między ulicą Rolną a Gromadzką. Tam było pole kartoflane, on się schował w bruździe tak, że Niemcy go nie widzieli i rozglądali się za nim, gdzie on jest. Być może, że przechowałby się on tam do nocy, tam gdzieś się ukrył, ale wyszedł chłopczyk z sąsiedniego domu i zobaczył go - tego więźnia - w tej bruździe i zaczął z nim rozmawiać, zaczął zadawać mu pytania, co on robi itd. No i Niemcy zobaczyli i odnaleźli tego więźnia. I w ten sposób, właściwie przez to dziecko, zginął.

Jeszcze było widać spod piachu zwłoki dzieci

Ja wiem z książki Kasperka, że [na Grodzkiej] był sierociniec i dom starców i tak jak napisałem we wspomnieniach, dowiedziałem się, że te dzieci zostały rozstrzelane, tzn. usłyszeliśmy strzały, bo to było po drugiej stronie torów w odległości jakieś kilkaset metrów i dowiedzieliśmy się, że tam rozstrzelano dzieci. Nawet jakiś chłopiec mi mówił, nie wiem, czy to prawda, czy to nie zmyślenie, ale on mówił, że jak te dzieci przeprowadzono nad ten dół, to Niemiec ich zapytał, czy chcą żyć czy chcą umrzeć, to dzieci zawołały, że chcą żyć no i wtedy on wydał rozkaz, żeby strzelać. To jest w dzielnicy Tatary. Tam się bardzo zmieniło, nie potrafiłbym znaleźć. Tam jest zupełnie teren zabudowany. Tak jak napisałem to są ulice do Kresowej czy Odlewniczej w każdym bądź razie na północ od ulicy Hutniczej. Tam była huta szklana na Tatarach w kierunku północnym. Pamiętam, że tam był wiatrak, którego też już nie ma teraz. Także tam był teren niezabudowany. Jakaś kopalnia piasku przypuszczalnie była. No i tam, już po egzekucji wybrałem się z matką, natrafiliśmy na ten dół, gdzie były niedokładnie zasypane te dzieci. Jeszcze było widać spod piachu zwłoki dzieci. Jak później przeczytałem w książce Kasperka - to było ponad sto dzieci z sierocińca. Jeśli chodzi o tych starszych ludzi to nie wiem gdzie oni zostali rozstrzelani. Byliśmy wstrząśnięci oczywiście. Bo to przecież zbrodnia, dzieci. Tak, że to była tragedia.

Jak on chwycił za karabin to ona zaczęła uciekać

Byłem świadkiem zastrzelenia dziewczyny żydowskiej. To było po południu. Dowiedzieliśmy się, że złapano Żydówkę. To tak dosłownie - taki był komentarz. Zaprowadzili ją ci własowcy, czy jak się oni nazywali, my mówiliśmy Ukraińcy, chociaż tam byli przecież i Białorusini i Rosjanie, zaprowadzili ją do kobiety, którą często tam odwiedzali. To było w nocy, wieczorem właściwie, to był chyba grudzień 1942 albo styczeń [19]43 już. Myśmy z kolegą z sąsiedniego budynku obserwowali ten dom i zobaczyliśmy, że po jakimś czasie wyprowadził żołnierz tą dziewczynę, trzymał ją za rękę, prowadził wzdłuż ulicy Ruskiej. Zaprowadził ją za dom taki wyburzony, taka ruina właściwie była, częściowo zniszczony dom, no i jak on chwycił za karabin to ona zaczęła uciekać. Wskoczyła do piwnicy, ale on strzelił za nią, ona krzyknęła tzn. została trafiona. On zeskoczył do piwnicy i drugi raz strzelił, dobił ją widocznie. No i później poszedł. Jeszcze potem miałem drugi wstrząs bo ten kolega został w tyle, a później przyszedł z butami tej dziewczyny.

Edward Soczewiński

Fragment relacji pochodzi z Archiwum Historii Mówionej Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN” www.historiamowiona.tnn.pl